Niedziela, 16 Czerwca, 2019     ostatnia aktualizacja 13-06-2019
 
Szaleństwo pozytywne
 
2010-06-24

Historia na swój sposób zatoczyła koło. Od zeszłego roku w sklepach, w oficjalnej sprzedaży znalazły się polskie wina. Niedawno do winnic, które wtedy wprowadziły wino do obrotu (Winnica Jaworek, Winnica Zbrodzice, Winnica Maria Anna), dołączyła Winnica Płochockich. O przygodzie z winnicą, winem, sposobie na życie, nadziejach i obawach związanych z losami polskiego winiarstwa rozmawiamy z Barbarą i Marcinem Płochockimi.

Mariusz Kapczyński: Właśnie rumienców nabrała partia kolejnego rocznika Waszego wina do sprzedaży. Choć polskiego wina na półkach nie ma za wiele, to jednak stało się faktem. Szczęśliwi?

Barbara Płochocka: No tak, stało się. Jesteśmy zadowoleni z przejścia wszystkich etapów i spełnienia wszelkich wymogów formalnych, które jak wiadomo, nie ułatwiają zadania „małym winiarzom”. Tym samym dla nas żarty się skończyły. Teraz patrzymy w przyszłość, czas będzie bowiem teraz weryfikował nasze posunięcia, potwierdzał czy to co robimy ma sens.

Marcin Płochocki
: Fakt, że wina pojawiły się w sklepach wywołał tak naprawdę poczucie większej odpowiedzialności za to, co się robi. Oficjalne wejście na rynek powoduje, że musisz jeszcze bardziej się starać. Choć skala naszej obecności nie jest duża, to można powiedzieć, że właśnie „odkryliśmy się” - możemy zostać poddani publicznej ocenie, a tu jak wiadomo, nie ma sentymentów. A co by nie mówić - angażując się mocno w wino, jesteśmy na krytykę i opinie bardzo wrażliwi. Zetknęliśmy się też z pierwszymi bolesnymi doświadczeniami, które są rynkową codziennością – niepłacenie na czas, niedotrzymywanie umów, itp. To nie są standardy do których jesteśmy przyzwyczajeni. Tak więc - z jednej strony widzimy entuzjazm dla polskiego wina, z drugiej - ignorancję i łamanie partnerskich kontaktów handlowych.



Gdzie dokładnie pojawiły się wasze wina, jakie są ich ceny i z jakim odbiorem się spotkały?  


B.P. Głównie w Warszawie. Wina można znaleźć, np. w restauracji La Regina, w winnym spa Głęboczek, sklepie Korkociąg, czy restauracji i punkcie sprzedaży win Vinares. Jak widzisz to nieliczne, ale prestiżowe miejsca. Nie zależało nam, by wino pojawiło się w sieciach handlowych czy dużych sklepach. Zresztą i tak byłoby go za mało. Do sprzedaży trafiło wino Biamus i Zinfandel/Dornfelder (wino nagrodzone na polskim konkursie win Enoexpo – przyp. M.K.). W restauracjach czy spa butelka kosztowała 60-80 zł, w profesjonalnych sklepach  42-49 złotych.

M.P. Opinie na temat win zbieraliśmy podczas rozmaitych prezentacji, odebranych maili telefonów czy uwag na forach winiarskich. Problemem często zgłaszanym była cena. Ludzie wyobrażali sobie - często zmyleni nieprecyzyjnymi informacjami w prasie - że będzie to tanie wino, za kilkanaście złotych. Niestety. Tak, przynajmniej w naszym przypadku, nie będzie. Produkcja wymaga nakładów i wysiłku. Bardzo często dopiero po naszym wykładzie, opowieści dotyczącej produkcji, problemów instytucjonalnych, itp. ludzie uświadamiają sobie, że to produkt ciężko wypracowany, niszowy, bardzo lokalny - nie dla wszystkich i nie wszędzie dostępny. Na jego cenę składa się wiele czynników. Również marże sprzedających. W przyszłości, dla zrównoważenia ceny, chcemy połączyć dwie drogi sprzedaży – tę sklepowo-restauracyjną i przy winnicy.

Dla mnie Wasz wyczyn stał się o tyle niezwykły, że udało Wam się tego dokonać nie rezygnując z oficjalnych etatów? Przecież prace w  winnicy i piwnicy są niebywale czasochłonne. Mieszkacie w Piasecznie a winnice macie w podkarpackim Gliniku i w Darominie pod Sandomierzem. Żyjecie więc w osobliwym rozdarciu między dwoma a właściwie trzema miejscami, co oznacza ciągłe podróże, godzenie obowiązków. Jak wam się to udaje? Może nadszedł czas na porzucenie oficjalnej pracy i oddaniu się winu?

B.P. Jest jeszcze za wcześnie by stawiać jednoznaczne deklaracje. Faktem jest jednak, że powstało dziwne napięcie – nie wiemy czego możemy się spodziewać, jaka będzie reakcja rynku, jak długo będziemy mogli pracować na „normalnych” etatach a kiedy będziemy musieli definitywnie tego zaprzestać i zająć się już w 100% produkcją polskiego wina. Z pewnością musimy tu wszystko uważnie kalkulować.

M.P. To prawda. Moment rozwiązania zbliża się pomału, ale nieuchronnie, wywołują go też nieuchronnie nasze posunięcia. Jesteśmy na etapie uruchamiania nowej inwestycji w winnicy w Darominie pod Sandomierzem (budynek gospodarczy, winiarnia). Staramy się tu jednak działać ostrożnie, bez pośpiechu. Co roku przybywa nam nowych nasadzeń, nowe części winnicy zaczynają rodzić owoce. Reakcja rynku, odbiór naszych win, podtrzymane zainteresowanie nimi wpłyną na pewno znacząco na nasze najbliższe decyzje. A będą one bardzo poważne. Trzeba więc poczekać, na chłodno rozważyć sytuację. Czy na przykład po euforii związanej z polskim winem ten entuzjazm zostanie podtrzymany? Ten stan zawieszenia oczywiście powoduje dyskomfort, wyczekiwanie i odwlekanie ostatecznej decyzji. Nie bez znaczenia pozostają też kwestie ekonomiczne.

Czym się zajmujecie na co dzień? Jakie macie doświadczenie w produkcji wina?

M.P. Sporo się do tej pory nauczyłem jeśli chodzi o zasady winifikacji. Dużo czytałem, pomogły mi szkolenia w Austrii i Niemczech. Oczywiście ciągle wiele pozostaje do nauczenia, ale ponieważ jesteśmy bardzo zagonieni to na efektywne dokształcanie nierzadko po prostu brakuje czasu. Poza tym, osobnego rozeznania wymagają procedury formalne, wypełnianie papierków, kontakty z instytucjami, itd.

B.P. Marcin pracuje w branży spożywczej, z pewnością mógł jakoś wykorzystać część zawodowych doświadczeń. Mieszkamy w Piasecznie, tam też – to wymóg czysto techniczny – rozlewamy i butelkujemy nasze wina. Marcin odpowiada za kwestie techniczne związane produkcją, ja wspieram go w różnych pracach, np. w winnicy oraz odpowiadam za, nazwijmy to, sprawy życiowe.

Gospodarzycie na dwóch winnicach...

B.P.
Tak. Jedna jest w Darominie koło Sandomierza, 2-hektarowa (na zdj. poniżej - M.K.), druga 30-arowa jest w Gliniku na Podkarpaciu. Ta druga jest na razie trochę „zamrożona”, koncentrujemy się raczej na działaniach i rozwoju winnicy w Darominie.



Jak wygląda oferta wina?

M.P. Robimy rozmaite próby i eksperymenty, ale mogę powiedzieć, że w tej chwili mamy cztery wina białe, jedno różowe i dwa czerwone. Udają nam się wina z odmiany seyval blanc - wychodzą dojrzałe i pełne, chcemy ją na pewno mieć w naszej winnicy, bo na naszych glebach się po prostu udaje i dojrzewa  tygodnie wcześniej niż w innych miejscach. Z kolei sibera daje winu fajną konstrukcję, co wykorzystaliśmy w kupażu Bipino. Chcemy też obłaskawić odmianę zweigelt, a to już jest poważniejsze wyzwanie, tu trzeba się naprawdę napracować, by uzyskać dobrą  złożoność wina.

Widać, że coraz bardziej ciągnie Was do pracy przy winie. Niedługo przyjdzie czas na „wielka zmianę” i opuszczenie firmowych etatów na rzecz winnic?


M.P. W dotychczasowej firmie jestem elementem ważnym, mam coś do powiedzenia i sporo ode mnie zależy, ale nie zawsze mogę wykorzystać potencjał sytuacji. Nie lubię tego. Wolę mieć pełną kontrolę nad tym co robię i ponosić pełną odpowiedzialność za to, jakie decyzje podejmuję. Przy winorośli i winie wszystko idzie na moje konto. Mam nadzieję, że kiedy nastąpi „wielka zmiana” to będziemy mieć więcej możliwości lepszego zorganizowania się. Będzie też wtedy czas na zaplanowanie wolnego czasu (śmiech).

Zaszliście w swoich winiarskich działaniach daleko. Decyzja o zmianie wcześniej czy później będzie musiała zapaść. Jako małżeństwo macie wspólną wizję, czy jest raczej tak, że jedno z was jest bardziej do tego winiarskiego pomysłu na życie zapalone i ciągnie za sobą drugie?

B.P. Właściwie to dzieje się trochę samo. Nie  roztrząsamy tego dylematu przesadnie, nie wybiegamy z tym zbyt daleko w przyszłość. Sytuacja w winnicach co roku się zmienia, przesuwają się priorytety i wymuszają coraz to nowe posunięcia. Staramy się by nasza normalna praca nie ucierpiała przez winnice i na odwrót. Ciągnie nas do Daromina, do tego spokojniejszego, bardziej zdrowego trybu aktywności. Choć oczywiście czasem się zastanawiamy czy sobie tego wiejsko-winnego życia przesadnie nie idealizujemy. Zadajemy sobie czasem pytania, czy gdyby nie było naszego wina to czy nie żyłoby się nam łatwiej, czy nie ubyłoby nam problemów, czy nie mielibyśmy więcej wolnego czasu? Jednak to życie z winem jest bardzo kuszące i fakt, że nie rezygnujemy z uprawy i produkcji wina jest bardzo wymowny. Nigdy nie było tak żebyśmy nagle stwierdzili – „powinniśmy odpuścić”.

M.P. Ja długo nie wyobrażałem sobie zmiany miejsca zamieszkania a przecież może do tego dojść.  Sprawy związane z winem i winnicą w Darominie ruszyły i nabrały swojego toku. Ja nie lubię niedokończonych spraw. Poza tym mam apetyt na wiejskie życie, zmianę dotychczasowego stylu.

Dlaczego Wam się mimo wielu trudności ciągle chce? Co Was motywuje, pcha do tego osobliwego, winiarskiego życia?

B.P. To zespół wielu cech. Miejsca, ludzie, sam fakt tworzenia wina potrafią dać niebywałego emocjonalnego kopa. Poza tym ja mam silnie rozbudowane poczucie obowiązku, wiem że pewnych rzeczy nie można zostawiać, że winnicą trzeba się zająć. Poza tym, lubimy po prostu świeże powietrze i wysiłek, prace w winnicy nam to zapewniają. Coraz więcej osób przekonuje się o tym, że winorośl i wino mają jakąś magię i są innym zajęciem niż, np. prowadzenie sadu. Poza tym, jest jakoś tak że wokół wina krążą często niezwykli i niepowtarzalni ludzie.

M.P. To fakt. Trzeba to bardzo mocno podkreślić. Świat wina wypełnia barwna zbieranina ludzi z pasją, nietuzinkowych  Spotykamy zajmujących się winem architektów, historyków, artystów, etc. Wino należy do głębokiej tradycji ludzkości, wnosi specyficzny aspekt kulturowy, który powoduje, że świat wygląda o wiele ciekawiej. Obcowanie z winoroślą i winem jest momentami rodzajem pozytywnego szaleństwa. Świat ziemniaków czy jabłek takich emocji raczej nie wywołuje.

Jakie doświadczenia zebraliście po wejściu na rynek wina?

M.P. Na bazie informacji jakie do nas docierały wydawało się, że ciąg na kupno polskiego wina będzie nieco większy. Po drodze odbyło się wiele podgrzewających to wrażenie wydarzeń – gala Magazynu Wino, zdobyte przez nas medale na konkursie Enoexpo, rozmaite prezentacje. To po tych sygnałach zdecydowaliśmy się na uruchomienie oficjalnej sprzedaży. Myśleliśmy na początku o sprzedaży internetowej, ale baliśmy się, że ten strumyk będzie zbyt niepewny, zbyt wąski, dlatego podjęliśmy decyzję o nieco szerszym kanale dystrybucji. Sami bezpośrednio jeszcze nie możemy sprzedawać. Korzystamy więc z innego możliwego wyjścia - przepuszczamy nasze wina przez obrót hurtowy. To jest oczywiście męczące i ograniczające, ale nie poddajemy się.

B.P. Właśnie dlatego nasza radość nie jest do końca pełna. Sprzedaż wina wynikała poniekąd z przymusu, poniesione koszty finansowe, czasowe powinny choć częściowo się zwracać. Warunki jakie spełnić trzeba przy oficjalnej sprzedaży są jeszcze ciągle mocno niesprzyjające.

Jak wygląda Waszym zdaniem kondycja polskiego środowiska winiarskiego?


M.P. Szanujemy się, jest otwartość i wsparcie, zwłaszcza między winiarzami, którzy chcą zrobić coś naprawdę konkretnego. Rozumiemy się i szanujemy swój wysiłek, dobrze układają nam się kontakty z wieloma winiarzami - Maćkiem Kaplitą z Winnicy Comte, Robertem Nowakiem z Winnicy Paczków, Grzegorzem Nowakowskim z Winnicy Jaworek, Kingą Koziarską z Winnicy Kinga czy doradzającym w różnych miejscach enologiem - Piotrem Stopczyńskim. Z takimi ludźmi wchodzi się w naturalną interakcję – to jest fantastyczna sprawa w świecie wina.

B.P. Staramy się podtrzymywać kontakty. Pracujemy nad tym, by nie było żadnych wrogich „regionalizmów”, lokalnych zawiści, łączy nas przecież jedna sprawa – polskie wino. Również wśród ludzi z branży handlowej czy wśród urzędników, widać pozytywne nastawienie. Nie doświadczyliśmy niechęci. Zresztą, dobre wino zawsze uruchamia pozytywne emocje.

Wyłania się z tego opisu dość sielankowy obraz…


B.P. Oczywiście nie jest tak kolorowo. Boli nas klasyczne polskie piekiełko, małostkowość i zdarzające się spory między stowarzyszeniami. Istotnym czynnikiem staje się sprzeczność celów – zaczynają rozchodzić się drogi między tymi, którzy chcą zająć się produkcją na poważnie i tymi, którzy chcą to robić amatorsko, traktując winiarstwo jako hobby. Są też środowiska, które świadomie odcinają się od głównego nurtu polskiego wina, pozostają gdzieś na boku, nie wiem dlaczego. Są w tym gronie  zarówno profesjonaliści jak i hobbyści. Generalnie jednak w naszym winiarskim światku jest więcej pozytywów niż negatywów.

A kontakty z instytucjami, którym podlegacie jako producenci?

M.P. Są z nimi spore kłopoty. Cały czas wisi nad nami instytucjonalny miecz, który w związku z barkiem jednoznacznych regulacji i przepisów, może na nas w każdej chwili spaść. Te ciągłe niejasności są frustrujące i powodują wielki dyskomfort pracy. Chcielibyśmy produkować, magazynować i sprzedawać ponosząc wszelkie opłaty koncesyjne, licencyjne, ale bez wielu naprawdę zbędnych formalnych wymagań, które produkcję wina obrosły. Nie daje się gospodarstwom winiarskim zielonego światła. Wymagania się dublują, nadmiar biurokracji rozprasza organizacyjnie. Koncesja hurtowa – niech będzie, jesteśmy gotowi ją zapłacić, ale czemu musimy ją „konsultować” z Sanepidem?



Macie plany wzmocnienia inwestycji? Połączenia sił?

B.P. Rozbudowujemy gospodarcze budynki przy winnicy w Darominie, mamy już przygotowany odpowiedni projekt. Działamy tu sami. Zależy nam na tym, by produkować wino autorskie. Ważne jest, że za winem stoimy właśnie my, nikt inny. Dlatego robimy je z pełną odpowiedzialnością.

M.P.
Model, w którym ktoś jest inwestorem a kto inny mu robi wino nas nie interesuje. Nie mam oczywiście nic przeciwko takim posunięciom, chcę tylko powiedzieć, że to nie jest nasz obszar myślenia o winie. Lubimy tę emocję związaną z procesem produkcji i ich późniejszy odbiór od konsumentów. Nie ma nic wspanialszego ponad to.


Rozmawiał i zdjęcia wykonał: Mariusz Kapczyński

Zobacz stronę internetową Winnicy Płochockich

Wywiad ukazał się wcześniej w "Rynkach Alkoholowych"