Poniedziałek, 20 Września, 2021     ostatnia aktualizacja 17-09-2021
 
Różowy kłopot
 
2021-07-31

Z różowymi winami są same kłopoty. Traumy i zabobony wydają się potężne; w pokaźnych piwnicach moich winiarskich przyjaciół nigdy nie natknąłem się na ten kolor i sama myśl, że można coś takiego kupić, wydaje im się niedorzeczna. Mnie również; dopiero w zeszłym roku po raz pierwszy w życiu zafundowałem sobie parę butelek prowansalskich z myślą o nadchodzących upałach. Poczułem, że zrobiłem coś dziwnego, pokonałem wewnętrzną przeszkodę. Owszem, napić się u kogoś w ogrodzie, skosztować na degustacjach, na takie dobrotliwe gesty wobec różu było mnie stać, ale żeby je zamawiać przez internet?
Być może za tą wstrzemięźliwością czy wręcz psychiczną blokadą kryją się złogi samczych wyobrażeń o sobie samym: a to, że róż jest winem niemęskim, a to, że jest napitkiem dla mas, a nie dla koneserów, a to, że dyskutować przy nim o absolucie, jak w przypadku dajmy na to chambolle-musigny, się nie da. Bo my to o czerwonych czy białych winach jak o Heglu, a tu jakaś literatura dworcowa trafia do szkła, typu zabił i uciekł (czytaj: wypił i zapomniał).


Jasne odcienie win różowych (fot. Vincenzo Landino / Unsplash)

Sondując własną duszę w rzeczonej kwestii, przypominam sobie, że pierwsze doświadczenia z winem (nie licząc licealnej alpagi) były właśnie barwy różowej. Doświadczenia nieudane, stąd może i uraz długo w sobie noszony. Kiedy mając lat jeszcze naście, pojechałem po raz pierwszy do Francji, autostopem rzecz jasna, zostałem zaproszony na kolację przez miłego kierowcę. Miałem wolną chwilę, kasy tyle co nic, no ale z gołymi rękami nie chciałem wkroczyć na salon. W supermarkecie skierowałem wzrok na najniższą półkę i wybrałem wino różowe. Nigdy nie zapomnę grymasu, jakim na widok butelki obdarzył mnie gospodarz. Mimo całej kindersztuby i życzliwości dla gościa. Który nie popisał się też przy stole: kiedy podano camemberta, pokroiłem go sobie nie w trójkąty, a wzdłuż, jakby to była bryłka tylżyckiego. No bo skąd miałem wiedzieć?
Drugie wspomnienie dotyczy różowego zinfandela z Kalifornii. Ojciec kiedyś otrzymał go w prezencie i strzegł niby źrenicy oka. Ulokowany w tak zwanym barku, czyli zamykanej na klucz wnęce stał przez lata obok Johna Walkera (czerwonego) i Malibu jako relikwia świata Zachodu. Moje namowy nie zdawały się na nic. Amerykańskie otworzyć? Na coś takiego wyobraźnia papy nie mogła się zdobyć. Wreszcie któregoś pięknego dnia (moje dwudzieste urodziny, jego pięćdziesiątka?) doszło do sforsowania bramy spiżowej. Zinfandel wskoczył na świąteczny stół, mając za sobą jakieś dziesięć lat życia. Życia? Już od dawna musiał być zdechlakiem; to, co wtargnęło z kieliszka do moich trzewi mógłbym porównać do wody z rynsztoka, i to z tych gorszych dzielnic.
Wiemy dobrze, że wina różowe stały się w ostatniej dekadzie nadzwyczaj modne; ich potężny renesans nie przestaje zadziwiać. Renesans, bo przecież pół wieku temu i jeszcze wcześniej były właściwie podstawowym winem, przynajmniej we Francji. Prowansja jako lider różu poświęcała mu niemal całą swoją produkcję. Później przyszły chudsze lata. A właściwie grubsze, w tym sensie, że smak publiki zwrócił się ku winom bardziej cielesnym; Prowansja zaczęła szukać dla siebie nowych rozwiązań, czyli zwiększać produkcję win czerwonych i białych. Wina te, nie licząc takich niewielkich apelacji jak Bandol i kilku oryginałów podążających zawsze własną drogę jak Domaine Trevallon, nie osiągnęły jakiegoś nadzwyczajnego sukcesu. Dzisiaj Prowansja wróciła do swojej przeszłości, a być może należałoby powiedzieć, do swego przeznaczenia; znowu, jak drzewiej, róż zaczął dominować w jej winiarskiej działalności. Nawet w Bandol, gdzie wina czerwone osiągają bardzo wysoki poziom, produkcja win różowych bardzo wzrosła.


(fot. Michael Dziedzic / Unsplash)

Można podawać różne przyczyny takiego stanu rzeczy, w tym powszechny zwrot w stronę lekkości i zwiewności win. Albo globalne ocieplenie, które wzmaga pragnienie win letnich, w miarę niskoprocentowych. No i kwestie, że tak powiem, psychologiczne, które wiążą się z barwą. Oczywiście nie wszystkich ona pociąga. Pamiętam, jakie wrażenie zrobiła kiedyś na mnie lektura jednego z tekstów Julesa Micheleta, francuskiego historyka, przyjaciela Mickiewicza. Michelet czuł wyjątkowo silną awersję do Anglii. Tak silną, że aż irracjonalną. Można zasadnie mniemać, że raziło go jego wyobrażenie krwi angielskiej. A dokładniej krwi Angielek, którą fobicznie przedstawiał sobie jako nieprzyjemnie bladoczerwoną, wyblakłą, bez mocy, właśnie różową.
Michelet cierpiał na obsesje, lecz w pewien sposób miał rację, wiążąc podejście do różu z kwestiami, mówiąc ogólnie, erotycznymi. Wina różowe mają w tym sensie uprzywilejowaną pozycję, że ich różne odcienie działają bezpośrednio na nasze libido. Ostatecznie ich smak nie jest najważniejszy; ich bukiet jest na ogół nikły, a aromaty zanikające. Liczy się raczej sytuacja fantazmatyczna: róż przynosi nie wiedzieć czemu doznanie pieszczoty, muśnięcia, beztroskiego dotyku, może nie niewinnego, lecz nie otwarcie grzesznego. Dlatego, mam wrażenie, jaśniejsze niuanse różu, barwy łososiowe, bieliźniane są bardziej poszukiwane niż klarety czy inne mocne jego odmiany. Tym bardziej, że nastroje dekadenckie, poczucie powszechnego światowego collapsu, zmierzchu stają się coraz silniejsze i jako antidotum szuka się czegoś absolutnie bezproblemowego. Wielu obrońców win różowych, chcąc podkreślić ich znaczenie, twierdzi, że to są wina poważne. Owszem, zdarzają się wśród różu butelki bardzo poważne, świetne. Ale największą zaletą win różowych jest raczej to, że są cudownie niepoważne.
Nie będę ukrywał: moje różowe nabytki są właśnie w wyglądzie takie właśnie niedogadane, powłóczyste, delikatnie pastelowe. Nie wiem dokładnie, jak te wina określić, kupiłem je, bo są jak tęsknota za czymś, gra wstępna do radosnego życia. Ale nie zastanawiajcie nad tym zbyt długo, taras czeka.

Marek Bieńczyk

Marek Bieńczyk - pisze o winach od 20 lat. Wydał dwa tomy "Kronik wina"; wraz z Wojciechem Bońkowskim stworzył pierwszy polski przewodnik winiarski "Wina Europy". Prozaik, tłumacz, historyk literatury. W roku 2012 otrzymał Nagrodę Literacką Nike.