Niedziela, 01 Sierpnia, 2021     ostatnia aktualizacja 31-07-2021
 
Wakacje z Bobkowskim
 
2021-06-28

Wracałem o zmroku, jadąc wśród winnic. Winogrona już dojrzewają. Zsiadłem z roweru i zerwałem ciężką kiść czarnych owoców, pokrytych prześlicznym, sinawym puszkiem. Wgryzłem się w nie spragniony – było mi gorąco i usta miałem wyschnięte. Niebo już pociemniało i tylko nad górami, w stronie słońca, było jeszcze popielato-błękitne. Wiał wiatr. Siedziałem na rozgrzanym kamieniu, patrzyłem w niebo głaskany gorącym wiatrem, a po brodzie ciekł mi purpurowy sok zerwanych z krzaka winogron. Znowu nic nie myślałem – jadłem winogrona. Czułem tylko, jak intensywność życia wzmogła się we mnie do ostateczności. Czułem swoją młodość, przeżyłem ją w tych kilku chwilach tak, że krew powinna mi trysnąć ze wszystkich por i pomieszać się z sokiem z winogron. Złapałem życie na moment, wyraźnie. To było wspaniałe.
W nocy ustał wiatr”.
Przyjemny cytat, trudno go nie pojąć, pewnie każdy z nas przeżył coś podobnego. Te błogie letnie minuty z kieliszkiem w dłoni czy z gronami w ustach pod zachodzącym słońcem, gdy ciepło sierpniowego wieczoru i smak soku gronowego albo wina otwiera puszkę naszego ciała i zaczynamy chłonąć świat. Nikną granice, a krew miesza się do niepoznaki z sokiem czy winem tak, że żaden punkt krwiodawstwa by jej od nas nie przyjął.
Jesteśmy na południu, więc podejrzewam, że autor powyższego opisu zrywał grona grenache; pod koniec sierpnia (opis powstał 20.08) są już one pyszne. Pamiętam, jak dawno temu poszedłem w Pireneje od strony miasteczka Banyuls; podjadałem po drodze dary krzewów, właśnie grenache, i pamiętam ich smak bardziej niż cokolwiek innego z tamtej wspinaczki. Nie licząc żmii, którą obudziłem ze snu na wysokości 2600 metrów. Nie była grzeczna. Może śniła, że jest boa.
Sierpień, to już wiemy. Lecz którego roku bohater tego felietonu poczuł szczęście bycia? Każdy rok by pasował, opis mówi wszak o doznaniu odwiecznym, które nawiedza nas (za rzadko) niezależnie od epoki. Ale warto podać datę, jest ona istotna. Sierpień 1940 roku, południe Francji.
Andrzej Bobkowski przyjechał do Paryża przed wojną, pracował w polskiej fabryce ulokowanej na przedmieściach. Gdy Niemcy na Francję ruszyli, uciekł z kumplem i dojechał rowerem do Langwedocji. Tutaj ucieczka się skończyła, po jakimś czasie postanowili wracać do niemieckiego już Paryża, w którym pozostała żona Bobkowskiego. Wracali na rowerach. Tyle że w dziwny sposób nie prosto na północ, kręcąc nieprzytomnie, lecz przez całe Lazurowe Wybrzeże, bez większego pośpiechu. Nawet do Monte-Carlo dojechali, wygrali w kasynie trochę grosza. Lipiec, sierpień, w końcu wakacje. Arles, Marsylia, Saint-Raphaël, Cannes, Nicea. W Nicei na plaży nie wolno jeszcze było wylegiwać się głową w stronę morza. Takie były przepisy: stopy zwrócone w stronę nadmorskiej promenady obrażałyby spacerujących.



Lecz to przede wszystkim: winogrona, wino, sery. Rozkoszne chwile pozwalające zapomnieć o toczącej się wojnie. Dla Bobkowskiego zaczyna się czas poza czasem, w który coraz bardziej przenika. Tak, że fatalna rzeczywistość zostaje na obrzeżach, a smak chwili zdoła przeważyć wszystko. To filozoficznie najdalej idące, najpełniejsze wakacje: wakat, wakacje, czas pusty, czas dezercji, czas szczęśliwego exodusu z tego świata w inny świat.
Każdy kieliszek wina niesie rozkosz. To oczywiście wino z karafek, ze dzbanów; czerwone podaje się mocno schłodzone, Bobkowski nie wymienia nazw ani apelacji (które zresztą dopiero raczkowały). Ale pisze o smaku tak, że sami przełykamy wino, które właśnie pije.
Całość nazywa się „Szkice piórkiem”; to jeden z najświetniejszych dzienników w polskiej literaturze. Jest w nim mowa o wielu rzeczach, lecz w pamięci najbardziej pozostają zapiski podróżnicze, grenache w ustach. Może dlatego, że – przy zachowaniu wszelkich proporcji – nadchodzące wakacje też są osadzone w ciemnej, pandemicznej otoczce. Tym bardziej się ich pragnie, jak pragnął ich Andrzej Bobkowski.
O czym właściwie tu opowiadam? O łaknieniu życia, o świętej beztrosce. O wyczyszczeniu pamięci, także tej naszej, winomańskiej, z wiedzy, z przyzwyczajeń, z powinności (oceny, analizy, porównań). Czytam właśnie pewien francuski kryminał. Komisarz o nazwisku Gamelle (dosłownie: menażka) nie pije alkoholu, natomiast jego żona „nigdy nie gardziła paroma kieliszkami wina, by zwilżyć kotlet albo pieczeń, a grand cru wlewała w siebie z dezynwolturą kierowcy tira”. Bądźmy jak żona komisarza, przynajmniej w lipcu i sierpniu.
Bobkowskiemu obrzydła Europa i po wojnie wyemigrował do Gwatemali. Pisał, lecz przede wszystkim zajmował się klejeniem modeli samolotowych. Był dobry w modelarstwie, brał udział w konkursach, założył Guatemala Hobby Shop, nazwany później Almacen Supermodelos. Zmarł w 48 roku życia.
Korzystajcie z wakacji, jeśli się da, na całego, nie odkładajcie dobrych flaszek na nie wiadomo kiedy, pijcie wino z dzbanków i bukłaków, niech się Wam darzy!

Marek Bieńczyk

Marek Bieńczyk - pisze o winach od 20 lat. Wydał dwa tomy "Kronik wina"; wraz z Wojciechem Bońkowskim stworzył pierwszy polski przewodnik winiarski "Wina Europy". Prozaik, tłumacz, historyk literatury. W roku 2012 otrzymał Nagrodę Literacką Nike.