Czwartek, 23 Września, 2021     ostatnia aktualizacja 17-09-2021
 
Komu wierzyć?
 
2021-02-27

Nie ufaj facetom po czterdziestce, mawiał Jack Kerouac. Więc nie czytajcie tego felietonu. Chociaż pojawi się w nim ważne pytanie. Komu, panie, wierzyć? Nie, nie chodzi o szczepionki, Pfizer czy Aster, czy w ogóle, nie chodzi o polityków, chodzi, wyobraźcie sobie, o wino.
Wiosną zeszłego roku mój kumpel od degustacji, Krzysztof, zadzwonił z wieścią, że w Lidlu za niecałe dwadzieścia złotych stanął na półkach Bobal Cepas Viejas i że warto kupować. On już kupił, spróbował, i teraz wraca po kolejne butelki. Normalnie, chodząc po Lidlu, bym na to wino nie spojrzał, do półek z winami podszedłbym co najwyżej z ciekawością Marsjanina obserwującego ruchy na ziemi, lecz po telefonie Krzysztofa, na pięć minut przed północą, kiedy to wskazanego Lidla w czasach pandemicznych zamykają, poleciałem w try miga, jak Dywizjon 303 na Berlin. Wróciłem z niemal dziesiątką butelek, idealnych na spływ kajakowy, dla gości, którzy i tak nie wiedzą, co piją, oraz – horribile dictu – w ostateczności nawet dla siebie samego, bo wino istotnie okazało się smaczne samo w sobie.
Nie miałem zresztą wątpliwości, że się nie zawiodę, skoro polecał człowiek, z którym degustuję od lat. Krzysztofowi mogę wierzyć, ale komu jeszcze? „Komu wierzyć?”, zapytali mnie niedawno słuchacze na kursie, komu teraz na świecie wierzyć, skoro Parker powoli przestaje sprawować jednostkowe rządy?
Zacząłem szukać w myśli szybkiej odpowiedzi i nie znalazłem. Parker, istotnie, należy jako krytyk winiarski do złotej przeszłości, choć jego nazwisko i punkty wciąż się pojawiają w prasie. My już wiemy, że sprzedał godność i że to nie on ocenia wina, lecz konsument mniej zorientowany wierzy w markę jak w Pan Boga i już. W końcu Coco Chanel nie żyje od wielu lat, ale Chanel to wciąż Chanel; nazwa i prestiż pozostały. Parker bez Parkera to jeszcze Parker i tak szybko to się nie skończy. No ale to już nie to, co kiedyś, kto inny zatem? Udzieliłem słuchaczom odpowiedzi cokolwiek salomonowej: kiedy powstanie potrzeba drogowskazu, teraz warto iść raczej za głosem znawców wyspecjalizowanych w regionach i nie szukać uniwersalnych przewodników. Dla Burgundii na przykład Amerykanin Allan Meadow, a we Francji Robert Petronio i Olivier Poels, dla Bordeaux, Langwedocji i Jury Pierre Citerne. Dla Australii może Alan Jefford. Dla Rodanu John Livingston i wspomniany Petronio. Uniwersalni James Sukcling, Jancis Robinson? Coraz mniej, zresztą Sucklingowi za grosz nie ufam.
Nazwiska mógłbym jeszcze mnożyć, lecz nie w tym rzecz. My, winomani, damy sobie radę. Wiemy mniej więcej, co i jak. Wierzymy kilku przyjaciołom od kielicha, kilku autorom w pismach winiarskich, kilku wyspecjalizowanym stronom internetowym, nawet tym sprzedającym wina, jak strona słynnego amerykańskiego importera Kermita Lyncha. Co mają jednak zrobić nowi przybysze w świecie wina?


(fot. StockSnap)

Wiadomo, że przeżywamy zmierzch bożyszcz. W Mondovino – podobnie jak w świecie litetratury, filmu, spraw publicznych itd. - autorytety wycofują się w cień, jak ostatnio Steven Spurrier, ten od Judgment of Paris, albo niekiedy umierają (jednak wino, wbrew zapewnieniom lekarzy, nie przyniosło nieśmiertelności, co za ściema!), jak Michael Brodbaent. Ach, Steven Spurrier! Pamiętam, jak prawie dwadzieścia lat temu na Vinexpo Wojtek Bońkowski wiózł z Polski niczym relikwię resztki węgierskiego wytrawnego tokaju (bodaj Homonny), aby dać do skosztowania Mistrzowi i wyciągnąć od niego opinię. Nawet nie całą butelkę wiózł przez Europę, lecz resztki w małej buteleczce!
Autorytety wycofują się w cień, autorytety przestają się liczyć; wiemy dobrze, że producenci  importerzy win w pewnym momencie dziejowym dobrze to zrozumieli. I zrozumieli, że w czasie nadchodzącym liczyć się będzie vox populi, jeśli tylko ten vox populi będzie umiał wykreować swoją pozycję w cesarstwie internetu. Stąd decyzje o doinwestowaniu marketingowym i butelkowym rodzących się kilkanaście lat temu blogów i stron winiarskich. Ich głos, ich oceny zaczynały zyskiwać coraz większe znaczenie, choć – trzeba powiedzieć – niektórzy faceci i facetki oceniający mieli dwa miesiące degustowania za sobą i jedną wyprawę do winnicy w Tokaju.
Jednak można odnieść wrażenie, że siła blogów, których namnożyło się tyle, że przestawało się śledzić jakiekolwiek, bardzo osłabła i że w wielu przypadkach pies z kulawą nogą nie interesuje się już głoszonymi tam opiniami, ilościami punktów czy gwiazdek. Co sprytniejsi blogerzy, a także różni inni przytomni internetowcy rzucili się w nową, aktualniejszą przygodę: w instagram. Czas leci szybko, dzisiaj porządny blog winiarski, w którym trzeba jednak paręnaście choć zdań pomieścić i sprawdzić ortografię, wygląda przy instagramie niczym dziadek w krawacie przy wnuczce w bikini.
Nowi influenserzy fotografują się z butelkami i to mniej więcej tyle, czasem jeszcze rzuconych parę zdań; reszta zależy od ilości followersów. Że brudzę polszczyznę anglicyzmami? Proszę, wpływowcy publikują, liczy się ilość nadążających. Według obliczeń instytucji badającej rynek winiarski we Francji, spośród Francuzów kupujących wino co najmniej raz w tygodniu, 36% uczyniło to pod wpływem mediów społecznych, zwłaszcza Instagrama.
Sto dziesięć tysięcy obserwujących ma pani Georgia Panogopoulu z Aten, 31 lat (i dyplom WSET 3). czyli WineGini. Nie jest to może zawrotna ilość, ledwie dwa razy pojemność Stadionu Narodowego (przed zamienieniem go w szpital), lecz w świecie winiarskiego Instagrama to dużo; WineGini należy do najbardziej wpływowych w naszej domenie instagramistek. Na jednym ze zdjęć Georgia pozuje na przykład z sześcioma butelkami medokańskiego Ch. La Lagune (coraz lepszego skądinąd). Ponoć nie dostała za to pieniędzy, lecz przyznaje, że częściowo utrzymuje się z Instagramu, podobnie jak wielu innych (nie mówiąc już o darmowych butelkach). Choćby Simona Geri (@simonagsommelier) z Toskanii, czterdzieści jeden tysięcy followersów; stała się ona zresztą dzięki Instagramowi na tyle popularna, że jej podobizny na plakatach cztery metry na trzy reklamujących wino pojawiły się już na włoskich ulicach. Przykłady można długo mnożyć; najbardziej znana instagramistka francuska, Margot Ducanel (czyli Rouge aux Lèvres, co znaczy „czerwień na ustach” i zarazem „szminka”) wyznaje, że instagram winiarski zapewnia jej 40% dochodów. Inni instagramerzy robią to dla hobby, dla butelek oczywiście, ale też dla możliwości, które mogą się otworzyć: coraz więcej z nich jest zapraszanych do odwiedzenia winnic, do jury różnych konkursów itd., itp. Są tacy, co zapewniają, że nie polecają butelek, których nie lubią, lecz dobrze wiecie, że w świecie brzęczącym mamoną jest coraz łatwiej kochać.
Czy piszę to z zazdrości? Z zawiści, że niejaki Wine Poetry, reklamujący głównie klieliszki Zanto bierze sto euro za wpis i między sto a dwieście euro za krótkie wideo? Nie zaprzeczam, nie potwierdzam. Stwierdzam tylko fakt: coś się zmienia. Mija powoli era jednych, nadchodzi era drugich. Może dlatego nie zrobiliśmy z Wojtkiem Bońkowskim kolejnego wydania „Win Europy” (choć także z powodu mojego lenistwa).
Komu zatem ufać, komu wierzyć? Piłem wczoraj pyszne morgon spod ręki Mee Godard. Jeśli dostanę sto euro (najlepiej Blikiem), odpowiem Wam na to pytanie.


Marek Bieńczyk


Marek Bieńczyk - pisze o winach od 20 lat. Wydał dwa tomy "Kronik wina"; wraz z Wojciechem Bońkowskim stworzył pierwszy polski przewodnik winiarski "Wina Europy". Prozaik, tłumacz, historyk literatury. W roku 2012 otrzymał Nagrodę Literacką Nike.