Wtorek, 20 Października, 2020     ostatnia aktualizacja 19-10-2020
 
Etykietki albo naturalne bohomazy
 
2020-07-26

I co nowego w winiarstwie? Japończycy trzymają się mocno? - Oj, mocno, panie, coraz mocniej. Na przykład taki Kenjiro Kagami. „Kagami” oznacza po japońsku „lustro”. Po francusku na lustro mówi się „miroir”. Domaine des Miroirs – rebus łatwy do rozwiązania. Skoro mówimy o winiarzu z Japonii, który kupuje winnice we Francji (niemało osób z Orientu na to się decyduje, na przykład nową gwiazdą Beaujolais jest Koreanka - Mee Godard). I który chce choćby mrugnięciem oka wskazać na swoje pochodzenie.
Zatem Domena Luster, lecz nie tak łatwo się w niej przejrzeć. Choć, wydawałoby się, wina z Jury nie są trudno dostępne. Otóż są, od pewnego czasu w coraz większym stopniu, a niektórzy winiarze, jak Ganevat zdobyli już takie uznanie i popularność, że ceny ich win zaczynają w odsprzedaży podchodzić pod sto euro. Ale to są grosze. Grosze w porównaniu z winami Kenjiro Kagami. Tak, owszem, na wyjściu skromne 40-50 euro. Adam i Ewa też wyszli z raju skromnie. I nigdy już nie wrócili. My-bardzo-chcący-napić-się-wina-z-Domeny-Luster-bo-wszyscy-je-tak-bardzo-pożądają, również do raju taniochy nie wrócimy. Jedna butelka wina Domaines des Miroirs Mizuiro Les Saugettes to obecnie w sklepach minimum 800 euro. Raczej 900. W Jurze, nawet nie za stuletnie wino żółte, a za winko miłe i świeże! Drożej niż za Chambertin Trapeta w Burgundii. Na przykład.
Czemu się wszak dziwić, wina z Luster jest mało, przeto kosztuje krocie. 80% produkcji wywożone jest do Japonii. Teraz wydaje mi się, że Japończycy najbardziej na świecie pożądają dwóch rzeczy: wina Kenjiro i muzyki Chopina. Gdyby mogli, to by wywieźli Żelazową Wolę do Osaki. Druga Japonia. Pić Lustra przy akompaniamencie chopinowskich nokturnów.
To był mój akcent polski w tej kronice. Ale już wracam do win Kenjiro. Są naturalne, wystarczy spojrzeć na etykietki. Niebieskopastelowe, naiwno-ślicznawe. Niebo, chmurki. Bez wygłupu, ale wysoce nietradycyjne. Obejrzałem je sobie dokładnie, żeby chociaż obraz mieć w głowie, skoro nie mogę mieć wina w ustach. A później obejrzałem – wiem, że w Krakowie mówi się „oglądnąłem”, ale nie będę się przymilał – etykietki innych francuskich win naturalnych, głównie z Owernii, która w ich produkcji stała się mocarzem.

Mizuiro. Jedno z win Kenjiro Kagami

Oczywiście, wszystkie etykietki okazały się wysoce nietradycyjne, lecz w przeciwieństwie do tych z Domaine des Miroirs niepastelowe i nie tak łagodne. Wszędzie kreska muralowa, rodem z graffiti, albo kreska komiksowa, do tego wariackie koncepty. Taki Benoît Rosenberger i jego pet`nat (od pewnego czasu nowe, nota bene, słowo w naszym żargonie, jeśli go nie znasz, jesteś przebrzmiały, czas na zjazd do bazy). Zwie się „Désaltérofilles” i ta nazwa jest okropnie skomplikowaną, przesadną grą słów, w której mieszczą się trzy pojęcia: zaspokojenie pragnienia, podnoszenie ciężarów, dziewczyny. Na etykietce ciężarowiec raczej w stroju przedwojennego zapaśnika podnosi jedną sztangę; ciężary po jej bokach to czarne głowy kobiece. Zabawne bardzo średnio, ale rzuca się w oczy.
Albo taka Domaine de l`Egrapille, inny pet`nat, zwany 90G (bo w 90% z gamay). Estetyka komiksowa, czarnobiała, główne miejsce na etykietce zajmuje dziewczyna z uniesionym w górę, choć nie do końca biustonoszem. Na innych etykietkach tego producenta inne komiksowe kobiety, trochę wyzywające, ale wyzywające ironicznie, z przymrużeniem oka; do tego jakieś inne aluzje, które pomijam.
Albo taki François Dhumes, kolejny pet`nat, poetyka z kolei rysunku gazetowego. Czy wreszcie Vincent Marie, którego zwariowane etykietki odwołują się do tytułów płyt takich zespołów jak Rage Against the Machine czy Bad Religion.
Mógłbym tak opisywać bardzo długo jeszcze, wołając zwyczajowe: „szkoda, że Państwo tego nie widzą” oraz, o wiele zapewne rzadziej, „szkoda, że Państwo tego nie piją”. Bo też wraz z rewolucją win naturalnych i im podobnych, dokonała się cała rewolucja estetyczna: jak burzyć, to od razu więcej, nie tylko stare przyzwyczajenia dotyczące smaków i zapachów, ale też nobliwe opakowania, czyli przede wszystkim etykietki pachnące naftaliną. Oczywiście nie stało się to od razu; ewolucja etykietek zaczęła się wraz z napływem win z Nowego Świata przed trzydziestu mniej więcej laty. Bardzo często były to etykietki minimalistyczne, graficznie bardzo profesjonalne, z punktu wdzenia grafiki na wysokim poziomie; podobną ewolucję zaczęły w tym czasie przechodzić okładki książek, zwłaszcza tych bardziej ambitnych czy wysmakowanych. Za nowoświatowym głosem, czy raczej obrazem, poszły najpierw kraje winiarsko mniej wówczas liczące się, jak na przykład Austria. A później nowa fala wtargnęła do bastionów tradycji; do Bordeaux i do Burgundii. Zwłaszcza do tej drugiej: czyste tło i same litery zaczęły pojawiać się nawet na winach z premier i grand cru, zwłaszcza u producentów mniej medialnie znanych lub u tak zwanych micronégociants.
Ale fala wina autorskich, przede wszystkim naturalnych, wstrząsnęła tym tak czy inaczej unormowanym, „ślicznym” światem. Podobnie jak wina lokujące się często poza apelacjami, nie podlegające przeto żadnym regulacjom, etykietki wyrwały się z usankcjonowanej poprawności i przeszły na beztroską stronę metodycznej antyestetyczności, antynobliwości, niekiedy prowokacji, niekiedy lepszego lub gorszego żartu.
Mogę sobie wyobrażać, że przy stole degustacyjnym w klubie angielskim albo przy stole w trzygwiazdkowej sytuacji eleganccy panowie z muszkami i panie w koliach diamentowych czuliby pewien dyskomfort na widok serwowanego za paręset euro wina Kagamiego (nie mówiąc o winach z Owernii czy innych naturolubnych rejonów), skoro tyle samo płacą za klasyfikowane bordeaux z pięknym château na obrazku. No bo jak tu celebrować bohomazy czy malarstwo naiwne, kiczowate nikifory, gdzie elegancja, gdzie Francja, gdzie nasze piękne rytuały? Wszystko tak strasznie zdesakralizowane!
Odpowiedzieć na to by można znanym „sorry, taki mamy klimat”. Taki mamy klimat, w tę stronę będą szły sprawy. Samemu mnie niekiedy rażą pewne etykietki, nie ze względu na same wina naturalne (które raz są dobre, a raz nie), lecz ze względu na dobry smak. Bo przecież każda estetyka, czy klasyczna, czy popartowa podpada pod to kryterium. Ale wtedy przypominam sobie moje włosy do łokci i brodę do piersi, gdy miałem dwudziestkę; wyglądałem okropnie. Miałem gdzieś dobry smak, liczył się spontan i idee. Więc jak muszą, niech sobie malują i rysują, co chcą. A zmysł krytyczny niech kładą w samo wino. Podobno to od Luster jest jednak znakomite.

 
Marek Bieńczyk


Marek Bieńczyk - pisze o winach od 20 lat. Wydał dwa tomy "Kronik wina"; wraz z Wojciechem Bońkowskim stworzył pierwszy polski przewodnik winiarski "Wina Europy". Prozaik, tłumacz, historyk literatury. W roku 2012 otrzymał Nagrodę Literacką Nike.