Środa, 27 Maja, 2020     ostatnia aktualizacja 26-05-2020
 
Zacząć od dymu z komina
 
2020-03-30

Tematem tej kroniki miało być co innego. Chciałem napisać o czymś, co kompletnie nie należy do koszmaru dnia dzisiejszego, o jakichś dawnych, pięknych degustacjach i zaczynałem już stawiać pierwsze zdania, gdy zadzwonił telefon. Daniel Pawełek, właściciel paru czołowych restauracji w Warszawie wraz z Beatą Gawędą z Vini e Affini, importerką wielu ciekawych win. Bardzo rzadko z sobą rozmawiamy, jest wreszcie czas. I gorąca potrzeba, mówi Daniel, jakiegoś wspólnego słowa, słowa dla naszej winiarsko-gastronomicznej wspólnoty, słowa pokrzepienia.
Na czym je jednak oprzeć, skąd je wydobyć? Wśród niezmiennie tych samych czterech ścian, w zamknięciu, na które niemal wszyscy jesteśmy skazani? I w tych nerwowych chwilach dla coraz bardziej heroicznej garstki pracowników, którzy jeszcze przemierzają miasto, jeszcze pieką coś na wynos czy pakują wina do kartonów dla rzadkich już zamówień? Kiedy widok pełnych gości knajp i sklepów wydaje się mirażem oazy zobaczonym na pustyni, odległym snem, który kiedyś się przyśnił?
Gdzie znaleźć, śladem Kartezjusza i jego cogito ergo sum, jego „myślę, więc jestem”, pierwszą pewność, podstawę, na której można coś od nowa zbudować? Nie mamy wielu możliwości. Wyobrażam sobie, że tym początkiem jest smak.
Chce się w tych dniach pić, to jasne. Zalewać robaka, po prostu. Jeszcze jeden kieliszek i jeszcze jeden, a poczucie strachu, bezsensu, zdumienia nieco zelżeje. Ma się ochotę na więcej niż zazwyczaj. Ilość osłabia wrażenia, zamula złe emocje, w pewnym momencie pijemy już tylko alkohol, czyli się poddajemy. Ale kiedy poprzestaniemy na jednym, dwóch kieliszkach, kiedy wsłuchamy się w wino, poczujemy jego smak wyraziściej niż dotąd. Takie jest moje doświadczenie tych ostatnich dni. Od bardzo dawna wino (ale też chleb) mi tak nie smakowało; przedłużam spotkanie z jednym kieliszkiem tak długo, jak mogę. Smak jest pełny, głęboki, przenikający. Przez chwilę nie ma nic innego; czuję, więc jestem. Przerywam, żeby tego smaku nie tracić, czekam do jutra na ten kolejny jeden kieliszek.


/fot. M. Kapczyński/

Ten smak nie niesie żadnych konkretnych obietnic. Jest jak wiara. Jest jak wiara na dobre i na złe. Poza racjonalnością i poza  nieracjonalnością, poza rzeczywistością i nierzeczywistością. Skromna opoka, na której można oprzeć kruchą konstrukcję nadziei. Pewnik, na który nie ma żadnej  gwarancji, poza tym, że zdarzył się nam i w nas.
Nikt, ani ptaki niebieskie, ani uczone umysły, nie są zdolne przewidzieć, jak to się potoczy, kiedy przyjdzie ulga; nawet w najlepszych wyliczeniach statystycznych jest jakaś ślepa plamka, miejsce na nieprzewidywalność. Chciałbym móc powiedzieć: słuchajcie, mam swoje lata, swoje przeżyłem, czegoś się o życiu dowiedziałem, po każdym dole przychodzi wzlot, naczytałem się książek o tym, jak to z epidemiami w dawnych czasach bywało, coś nawet o tym pisałem, przewiduję, że w czerwcu (najdałej w lipcu, w sierpniu, w listopadzie, w grudniu...) zasiędziemy razem do stołu. Nic z tego, nie powiem. Chciałbym też wykrzyknąć: trzymajcie się, jakoś to będzie! Ale i z tego nic; mówimy to sobie wszyscy co chwila. Moim jedynym pewnikiem jest smak: oznaka, że życie trwa i że ten smak je stanowi. Każdy z nas ten smak wina kiedyś doznał i to sprawiło, że wkroczył w winny świat. Ta pamięć, i może tylko ta pamięć, może być naszą przyszłością.
Kiedyś w szkole czytało się słynny wiersz Leopolda Staffa:

Budowałem na piasku
I zawaliło się.
Budowałem na skale
I zawaliło się.
Teraz budując zacznę
Od dymu z komina.


Ten wiersz zawsze mnie irytował swoim nadto łatwym uduchowieniem; teraz czyta go się inaczej. Smak, o którym mówię, jest naszym dymem z komina. Pierwszą literą ducha. Czymś nieuchwytnym, niezwykle ulotnym. Wydawałoby się niczym przy cyfrach zarażeń na mapach Sir James Hopkins University, które biją jak wściekłe, jak licznik oszalałej taksówki. Ale nic innego nie mamy. Wiemy, że dzięki temu smakowi prawdziwie byliśmy. Czujemy, że jesteśmy. Więc będziemy.
Prasujcie, Danielu, obrusy każdego dnia.


Marek Bieńczyk

Marek Bieńczyk - pisze o winach od 20 lat. Wydał dwa tomy "Kronik wina"; wraz z Wojciechem Bońkowskim stworzył pierwszy polski przewodnik winiarski "Wina Europy". Prozaik, tłumacz, historyk literatury. W roku 2012 otrzymał Nagrodę Literacką Nike.