Piątek, 06 Grudnia, 2019     ostatnia aktualizacja 01-12-2019
 
Whisky Nicka i inne perfekcje
 
2019-11-25

Jeśli lubicie wino, to chyba lubicie czarne kryminały Raymonda Chandlera. O winach tam się co prawda nie wspomina, napędem detektywa Marlowe`a są bowiem whisky i burbon. Normalne, jesteśmy w Stanach, najczęściej w Kalifornii. W tamtych okolicach rozgrywa się też pierwsza powieść Dashiella Hammetta „Krwawe żniwa”. Czytam teraz dużo Hammetta (to ten od „Sokoła maltańskiego”), gdyż postanowiłem sprawdzić, w jaki sposób przygotował grunt dla Chandlera. Jak układał intrygę, jaki wymyślił język i sposób opowiadania. Chandler był co prawda o trzy lata starszy, ale to Hammett wystartował pierwszy.
Hammett jest szybki, niecierpliwy, trochę dla mnie za szybki. Pod względem matematycznego układu fabuły może nawet lepszy, lecz nie jest stylistą jak Chandler i nie ma czasu na wypełnianie miejsca między kolejnymi zdarzeniami, na metafory, na poetyzowanie, opisy przyrody i miasta. No ale czasem trafi mu się niezłe zdanko typu: „burbon smakował jak odsączony z trupa”.
No ale wino. W „Krwawych żniwach” (przekład Pawła Lipszyca) pojawia się kobieta, za którą szaleje całe miasto. Gdy narrator widzi ją pierwszy raz, nie wygląda jednak nadzwyczajnie: "Gęste brązowe włosy prosiły się o uczesanie; przedziałek był nierówny. Jedna strona górnej wargi została umalowana wyżej niż druga. Sukienka, o wyjątkowo niekorzystnej barwie wina, rozłaziła się z boku w miejscach, gdzie dziewczyna zapomniała pozapinać zatrzaski, albo gdzie się same porozpinały. Na przodzie jednej pończochy poleciało oczko. Oto Dina Brand, przebierająca w mężczyznach w Poisonville, jeśli wierzyć temu, co usłyszałem".
Pokazałem fragment przyjaciółce, osobie eleganckiej i biegłej w modzie. Tylko mężczyzna mógł tak napisać, stwierdziła, kolor wina dla sukienek bardzo się sprawdza, jest wspaniały, wręcz perfekcyjny. Podrążyłem nieco kwestię, „jest wspaniały w tym sezonie”, doprecyzowała. I dodała, że pierwszym samochodem, jaki kupiła, był volksawagen garbus w kolorze głębokiego wina, limited edition. Doskonały.
Cóż, na usprawiedliwienie mężczyzny Hammetta bąknąłem, że może w latach 20. szata wina nie bywała tak intensywna jak później. To, że burgundy miały wymoczkowaty wygląd i straszyły bladością, nie pozostawia wątpliwości, lecz kupaże bordoskie, kalifornijskie czy importowane? Aż tak źle to wyglądało?



Jakże mało szatami wina (no właśnie, szatami) się zajmujemy w naszych winiarskich dywagacjach! Tym bardziej, że dzisiaj bardzo mało jest wadliwych barw. Skończyło się wytykanie ich paluchami, na konkursach winiarskich ocenę szaty (zawsze maksymalną) wpisuje się automatycznie, niekiedy zanim jeszcze naleją wino.
Czy jednak zdarzają się szaty prawdziwie piękne? Czy jeszcze w ogóle umiemy takie wyłapać i docenić? Chyba coraz rzadziej. I szat takich jest jakby mniej, i chęci na ich docenianie nie staje. A że do głosu coraz częściej dochodzą wina pomarańczowe i/oraz z premedytacją mętne, kwestia winnych sukni nie tyle się zaczyna komplikować, co niejako upraszczać - przez swoje zniknięcie. Bo też wyglądem w przypadku win pomarańczowych i innych naturalnych producenci się nie zajmują. Trudno zresztą podziwiać kolor pomarańczowy w winie. Zwykły aperol wygląda z tego punktu widzenia lepiej. Korzystniej. Jedno pocieszenie: renesans win różowych. Tu jeszcze szata się liczy, ma swoje estetyczne walory, które chce się doceniać.
Okay, skoro Hammett i Chandler, to pijemy dziś whisky. To znaczy ja piję. Ale jakie? Już mówię: Old Single Malt cask aged 14 years. A Single Bottling distilled by Bowmore Distillerry 1998 October. Bottled 2003 January. Dodam, że 50% alkoholu, a cała produkcja to 324 butelki.
Słowem, doprawdy doskonała etykieta wypatrzona i ofiarowana mi przez mojego dawnego kumpla Nicka, Rumuna poznanego w Paryżu. Dawnego, gdyż lata go nie widziałem. Dlatego tak wolno sączę jego dar, wydzielam sobie kroplami.
Nick był maniakiem perfekcji. Jeśli już coś kupował, musiało to być unikatowe i doskonałe. Jeśli coś gotował - a był świetnym kucharzem – to mogłem być pewien, że danie wyląduje na stole o trzeciej w nocy, tak starannie, co do milimetra wszystko przygotowywał. Kiedyś przetrącono mi lusterko w samochodzie; poprosiłem Nicka, złotą rączkę o pomoc: zrób z tym coś, tyle żebym do Polski mógł wrócić. Przyjechałem do niego o 9 rano. Wyjechałem o 24. Z lusterkiem tak idealnie naprawionym i sklejonym, że nigdy nie musiałem go wymienić.
No ale wino. Czy Nick też tak był doskonały w swych winiarskich wyborach? Kłopotliwa sprawa, ciemna plamka na wizerunku przyjaciela. Otóż miał on swoją jedną ulubioną apelację. Jedną jedyną. Tylko ona, zapewniał. Nic innego, koniec kropka. Zdradzam nazwę: Graves de Vayres (winnice na zdjęciu powyżej - przyp. red.). Graves de Vayres to, Graves de Vayres tamto, ideał, po prostu ideał.
Wiecie, gdzie to leży? Piliście kiedyś? Nic wspólnego z Graves na Prawym Brzegu. Graves de Vayres to niewielka apelacja dla białych, czerownych i słodkich w bordoskim Entre-Deux-Mers, już blisko (dzieli ich rzeka) Saint-Emilion. Nic szczególnego, zapewniam; nie to, że odsączone z trupa, lecz doprawdy proste bordeaux jak tyle innych. Jednak Nick w nie wierzył jak w lepszy świat. Jak w słońce po burzy. Jak w nadzieję na lepsze życie. Bo biedował okropnie w tym Paryżu. Ale whisky dał m fenomenalną. Taki był to człowiek – więc czasami kupuję sobie, i jakby zarazem dla niego, butelkę Graves de Vayres. 


Marek Bieńczyk

Marek Bieńczyk - pisze o winach od 20 lat. Wydał dwa tomy "Kronik wina"; wraz z Wojciechem Bońkowskim stworzył pierwszy polski przewodnik winiarski "Wina Europy". Prozaik, tłumacz, historyk literatury. W roku 2012 otrzymał Nagrodę Literacką Nike.