Sobota, 15 Grudnia, 2018     ostatnia aktualizacja 13-12-2018
 
Bachus kresowy
 
2008-03-17

Bachus sarmacki
Winnice na Podolu w okresie międzywojennym stały się częścią kresowej legendy. Pisała o nich popularna prasa, notowały je skrzętnie oficjalne statystyki a rządowe wydawnictwa ukazywały barwne korowody winobrania w Zaleszczykach. Pomimo sprzyjających warunków naturalnych uprawy winnej latorośli w południowo-wschodnich powiatach Rzeczypospolitej nie osiągnęły jednak większego znaczenia gospodarczego.

Stara pocztówka z Zaleszczyk

W podolskich jarach czuć powiew Południa. Kiedy przed kilkunastu laty po raz pierwszy zapuściłem się w tamte okolice była to, jeśli dobrze pamiętam połowa marca. Na stepach dobiegała końca długa, ukraińska zima. Drogę z Tarnopola przegradzały co jakiś czas śnieżne zaspy, a przez nieszczelne brezenty wysłużonego „gazika” wdzierały się mroźne podmuchy. W końcu szosa zgubiła otwartą równinę, kilkoma zakrętami potoczyła się w dół i stanęliśmy w Żwańcu na brzegu Dniestru. Tu świat się odmienił. W dolinie było ciepło i kwitły leszczyny, ani śladu śniegu i zimy. Wiosenne porządki trwały już w przydomowych ogródkach, a pergole z bezlistną jeszcze winoroślą nadawały wsi nieco bułgarski charakter. „Ot winnice byli, o tu.” – spotkany przed jednym z domów starszy jegomość wskazał na zbocze jaru. „A ni ma, bo Gorbaczow kazał wyciąć. Toż i wszystkie wycięli.” – dodał z czysto wrocławskim akcentem.
 
Sanacyjne ciepłe kraje

Głębokie, skaliste wąwozy Dniestru i jego lewobrzeżnych dopływów: Zbrucza, Seretu, Smotrycza, Dżuryna, Strypy czy – excusez – Dupy różnią się znacznie od przyległych wyżyn i równin. Pachną dzikim tymiankiem i rozbrzmiewają graniem cykad. A bizantyjskie mury Chocimia, skalne monastery pod Satanowem, ormiańskie kościoły i prawdziwy turecki minaret w Kamieńcu Podolskim nadają tym stronom piętno prawdziwie egzotyczne. Krajobraz bardziej przypomina Bałkany i południe Krymu niż monotonną, stepową Ukrainę. Przed stu laty okolice te nazywano Ciepłym Podolem. Słynęły z sadów, plantacyj orzechowych, arbuzów, słoneczników, hodowli jedwabników, upraw tytoniu i zdrowego klimatu. Przyjeżdżano także nad Dniestr dla południowego słońca, gdyż sezon na kąpiele zaczynał się tam już w kwietniu! Turyści z trzech zaborów zażywali też tak zwanych „kuracyi owocowych”, czyli objadali się do woli rzadkimi i kosztownymi gdzie indziej morelami, winogronami i melonami.
Po pierwszej wojnie światowej Polska objęła tylko część ziem podolskich a granica na Zbruczu pozostawiła po sowieckiej stronie prastary Kamieniec. W okresie II Rzeczypospolitej za nieformalną stolicę Ciepłego Podola uchodziły położone w dniestrowym jarze Zaleszczyki, ważny węzeł kolejowy i drogowy na granicy z Rumunią. Miasteczko nazywane „polskim Meranem” posiadało dobre połączenie w resztą kraju i zdobyło sobie pewną popularność jako letnisko szczególnie polecane rekonwalescentom. Wkrótce też zasłynęło jako ośrodek polskiego winiarstwa.
Jeszcze na przełomie wieków powstała w Zaleszczykach ciesząca się znaczną renomą szkoła ogrodnicza, przy której była stacja doświadczalna oraz szkoła przetwórstwa owocowego. Po wojnie rozpoczął tam działalność Państwowy Zakład Ogrodniczy, posiadający w pobliskich Dobrowlanach dużą winnicę doświadczalną. W roku 1930 z inicjatywy Małopolskiego Towarzystwa Rolniczego we Lwowie utworzono „Instruktorat winniczny” dla powiatów południowego Podola i Pokucia. Na siedzibę tej jednoosobowej instytucji wyznaczono Zaleszczyki, a na stanowisku instruktora zatrudniono Grzegorza Zarugiewicza. Ta bardzo fortunna decyzja oznaczała przełom w dziele propagowania winiarstwa na kresach południowo wschodnich. Zarugiewicz posiadał bowiem nie tylko odpowiednie wykształcenie i doświadczenie w uprawie winorośli zdobyte w Besarabii i Rumunii, ale też wielką energię, zapał do pracy i dar przekonywania. Objeżdżał wsie, miasteczka i dwory, wygłaszał prelekcje, doradzał, pomagał sadzić winnice. Po czterech latach na tym terenie było już pół setki winnic, a w roku 1936 uprawy winorośli w dorzeczu Dniestru i Prutu zajęły obszar ponad 150 hektarów.
 
Starożytne tradycje
Międzywojenni pionierzy naddniestrzańskiego winiarstwa mogli się powołać na nie byle jakie tradycje. Dniestr, to znany Herodotowi Tyros. Pięć wieków przed Chrystusem przy ujściu rzeki powstały greckie kolonie Tyras i Nikonion, a odkryte w ruinach tych miast liczne amfory świadczą o rozwiniętej tam produkcji wina.
Ziemie te przyłączono do Polski za panowania Władysława Jagiełly. Wcześniej, za czasów Rusi Halickiej nastąpił znaczny rozwój winiarstwa, szczególnie we Lwowie. Winnice lwowskie już w XIII wieku były ponoć tak rozległe, że książęta ruscy otrzymywali stamtąd kilkadziesiąt beczek wina rocznie. Sto lat później dochody z winnic pozwalały na utrzymanie dwóch kanonii. W 1433 roku osadnicy niemieccy obsadzili mołdawskimi sadzonkami zbocza Wysokiego Zamku, a dwieście lat później winograd porastał wzgórza ciągnące się na parę kilometrów od miasta. Uprawy te zostały doszczętnie zniszczone w 1648 roku, kiedy wojska Chmielnickiego oblegały Lwów. W tym czasie rozległe winnice w okolicach Podhorzec posiadał hetman Stanisław Koniecpolski. Jednak siedemnaste stulecie było dla tych ziem czasem na tyle niespokojnym, że mało kto myślał wówczas o uprawie winnej łozy.


Widok na Zaleszczyki, 1900 rok.

Kresowe tradycje winiarskie wskrzesił książę Piotr Sayn-Wittgenstein-Beerleburg, zakładając po 1820 roku winnice w Kamionce koło Raszkowa. Na 40 hektarach stromych zboczy nad Dniestrem wysadzono ponoć 200 tysięcy krzewów winorośli. Cały plon na miejscu przerabiano na wina. Te rozległe plantacje wzbudzały duży podziw, podobnie jak wykuty w skale skład win, ozdobiony od frontu okazałą kolumnadą. Książę pan wywodził się wprawdzie z nadreńskiej szlachty i był rosyjskim feldmarszałkiem, jednak żonaty z Polką sam też w pewnej mierze do polskości się poczuwał. Także w następnych pokoleniach Saynów pałac w Kamionce uchodził za dom polski i był licznie odwiedzany przez podolskie ziemiaństwo. Być może pod wpływem tej imponującej realizacji w niektórych kresowych dworach po połowie XIX wieku zaczęto uprawiać winorośl. Mieli winnice Wartanowiczowie w Zazulińcach, Bruniccy i Turnauowie w Zaleszczykach, a Niemczewscy na dużą skalę prowadzili plantacje w Okopach św. Trójcy.
 
Dzień powszedni kresowego winiarstwa
Uprawy te przetrzebiła wojna światowa, bądź – jak piękna Kamionka ­– pozostały one po sowieckiej stronie granicy. Zniszczenia wojenne były tak duże, że przez parę lat myślano jedynie o niezbędnej odbudowie. W połowie lat dwudziestych powstały pierwsze winnice towarowe, ale dopiero kolejna dekada przyniosła większą ich liczbę. Około roku 1930 wzrosło zapotrzebowanie na sadzonki i założono pierwsze szkółki winorośli. Hodowla Erwina Bohosiewicza w Lesiecznikach koło Zaleszczyk produkowała około 150 tysięcy sadzonek rocznie. Znacznie mniejsza była szkółka założona przez starostwo powiatowe w Śniatynie. Materiał do rozmnażania sprowadzano głownie z sąsiedniej Rumunii i Węgier, stąd wynikał też asortyment odmian. Były to różnego rodzaju chrupki, magdalenki, oporto, muszkat ottonela, perła czabańska, odmiany burgundzkie, i – najwyżej ceniony na wina – riesling.
Na zachowanych zdjęciach widzimy uprawy intensywne, gęsto obsadzone krzewami i obrabiane w całości ręcznie. Gdyż nadmiar siły roboczej, to oprócz walorów klimatu najczęściej przytaczany argument na rzecz zakładania winnic na Podolu. Rolnicze powiaty południowo-wschodnie były bowiem najbardziej przeludnionymi obszarami międzywojennej Rzeczypospolitej. W konsekwencji robocizna była tak tania, że żadna mechanizacja nie była opłacalna. Dla porównania: w połowie lat trzydziestych koszt sadzonek, palików, kompostu potrzebnych do założenia jednego hektara winnicy wynosił około 2.000 złotych. Natomiast całość pracy: niwelację terenu, wytyczenie nasadzeń, wykopanie dołków i posadzenie krzewów, łącznie ponad tysiąc roboczogodzin wyceniano na... 90 złotych.
Z tych powodów projekty od budowy podolskich winnic cieszyły się dużym zainteresowaniem sfer rządowych. W rozwoju uprawy winorośli – mówiono nawet o osiągnięciu docelowo dwóch tysięcy hektarów – widziano rozwiązanie problemów społecznych podolskiej wsi. Winnice wymagały bowiem wielu rak do pracy (hektarowa uprawa zatrudniała w sezonie do czterdziestu dniówkowych robotników) i przynieść mogły spore dochody ze stosunkowo niewielkiej powierzchni. Co więcej, w cierpiącym na głód ziemi regionie pod winnice mogły być z powodzeniem wykorzystane dotychczasowe nieużytki, strome i jałowe zbocza jarów.


Widok na Zbrucz

Jednak sarmacki geniusz nie dawał o sobie zapomnieć i deklaracje polityków przekładały się najczęściej w działania propagandowe. Były na ten temat publikacje w rządowych biuletynach, a na plakatach Ministerstwa Komunikacji dorodne dziewuchy w pasiastych spódnicach zbierały do koszyków równie dorodne winogrona. A tak skarżono się w 1936 roku: „Największe przeszkody w rozwoju winnic stwarzała jak dotąd nasza biurokracja, między innymi i tym, iż od każdego litra wyprodukowanego wina wymierzano ogromny podatek spożywczy wynoszący 1 zł 26 gr.” W innym miejscu pisano: ”Jest to najwyższa stawka podatkowa na kuli ziemskiej”. W innych krajach europejskich podobne opłaty wynosiły wówczas równowartość 2 do 11 groszy, a za mostem w Zaleszczykach, na rumuńskim brzegu litr wina kosztował 50-60 groszy. Pisano również: „Nadal, wyrabiając wino trzeba mieć koncesjonowaną wytwórnie o trzech ubikacjach, z mosiężnymi, plombowanymi aparatami i nie wolno wina tłoczyć ani ściągać do beczek bez obecności inspektora straży skarbowej. Można sobie wyobrazić, czy w takich warunkach mogą pracować winnice włościańskie, mające kilkaset krzaków winorośli”. Dlatego większość podolskich winogrodników poprzestawało na produkcji owoców deserowych i wyglądało lepszych czasów. A takie nie nadeszły.

© tekst: Wojciech Bosak

zdjęcia: Wikipedia







Wojciech Bosak
- dziennikarz, krytyk winiarski, współzałożyciel Polskiego Instytutu Winorośli i Wina. Popularyzator wiedzy o winie, autor książek i licznych artykułów poświęconych winorośli i winu.