Czwartek, 18 Października, 2018     ostatnia aktualizacja 10-10-2018
 
W Gryzonii po swoje
 
2018-10-02


Osiem lat temu na stronach "Magazynu Wino" założyłem RPB, Ruch Poparcia Burgunda, który składał się z jednego członka - jego założyciela. Przez cały ten czas RPB prowadził sekretny żywot, żeglując miedzy ojczyzną-matką, czyli Burgundią, a ojczyzną-ojcem, czyli warszawskim Grochowem. Poparcie dla burgunda w Ruchu nie zmalało, lecz stało się heroiczne ze względu na horrendalny wzrost cen. Dlatego uboczna działalność RPB polega na szukaniu ewentualnych zamienników burgunda, szukaniu swojego gdzie indziej.
Jakiś czas temu, dzięki szwajcarskim przyjaciołom organizującym od dziesięciu lat wydarzenie o pysznym tytule Mémoire and Friends trafiłem do… No właśnie, jak to powiedzieć, po niemiecku? Po polsku? Zacznę od polskiego, bo brzmi dosyć śmiesznie: do Gryzonii. Po francusku Les Grisons, po niemiecku, czyli najwłaściwiej: Graubünden. Najwłaściwiej, bo jesteśmy już w niemieckim kantonie. U nas od strony wina praktycznie nieznanym. Na świecie też nie, jeśli jest to jakieś pocieszenie. W samej Szwajcarii ma on swoje znaczenie, choć produkcja wina w niemieckich kantonach jest o wiele mniejsza i znacząca niż w kantonach romańskich, kilka procent zaledwie. No ale na liście dziesięciu winiarzy-ikon, która co roku Gault-Millau publikuje, od lat figuruje aż dwóch winiarzy gryzońskich: Gantenbein (którego nie piłem) i Donatsch.


Graubünden jako apelacja obejmuje wina z różnych rozproszonych miejsc, miałem sposobność przyjrzeć się winom położonym wokół - bardzo malowniczych, przypominających burgundzkie village - wiosek czy raczej miasteczek Malans, Jenins i Fläsch, dla Gryzonii najważniejszych. Pinot noir jest w Gryzonii królem, obejmuje 75% nasadzeń. A że Graubünden AOC jest niewielka, nie dochodzi nawet do 600 ha, władza pinota jest tu absolutna. Prawie absolutna: powstaje tu trochę win białych z burgundzkiej konstelacji, chardonnay, pinot blanc, także gris, i coś co wymaga oddzielnego akapitu.
To coś nazywa się kompleter i jest rdzenną odmianą Gryzonii, w dużej mierze historyczną i względnie niedawno przywróconą do życiu na kilku hektarach oddzielnie. Dla tych, co lubią mikrologię i chętnie przyglądają się robaczkom na źdźbłach trawy, kompleter wykracza poza niemiły status ciekawostki. Daje naprawdę ciekawe wina, zwłaszcza dla podniebień preferujących masę, a nie ulotność. Ma charakterystyczny bukiet, w którym przeważa dojrzała gruszka, pieczone jabłko i limonka, tłuste usta i szczególną końcówkę, w której elementem równoważącym jest nie tyle kwasowość, co goryczka, która Francuzi nazywają „szlachetną”. Przypomina nieco - podkreślam: nieco - białe hermitage.
Odwlekam odpowiedź na najważniejsze pytanie o pinot noir, gdyż i tak nie będzie jednoznaczna. Aubert de Vilaine, właściciel Domaine Romanée-Conti, powiada o pinot noir, że sama z siebie odmiana to nieciekawa, natomiast jak żadna inna zależna od gleby, na której rośnie. Jeśli mu odpowiada, wyciągnie z niej cuda. Więc oczywiście w Gryzonii cudów nie ma. Nie ma tej szczególnej burgundzkiej delikatności i finezji połączonej z długim trwaniem w ustach. Ale można tu jednak coś z pinota wyciągnąć, świeżość owocu, bo ta zawsze się da uobecnić, i, jak mam wrażenie, ładną fakturę garbników. Ale porównania tego rodzaju nie mają sensu, nawet jeśli przewodnik Gault-Millau nazywa Gryzonię „niemiecką Burgundią”. Amator pinota zawsze coś dla siebie znajdzie, można przecież kochać i Milan i Milanówek.


Winnice Gryzonii (fot. M. Bieńczyk)

W Gryzonii jest niemało win, które sprawiają przyjemność. Jeśli tylko nie stłamsi się pinota nieudanym zastosowaniem drzewa, nowej beczki przede wszystkim, lecz nie tylko nowej. Co w Gryzonii, którą znam, zdarza się jeszcze dość często. Każda posiadłość robi tu dwie lub trzy cuvées - na ogół. Wino poziomu village, niekiedy bez użycia drewna, wino często zwane po prostu barrique, oraz jakaś rezerwę czy cru. Jak często bywa poza Burgundią, wino wstępne może przynieść więcej frajdy niż wina bardziej ambitne. Warto zwrócić jeszcze uwagę na klony: stosuje się i te burgundzkie i te lokalne. Jeden przykład: dwa wina Fromma, znanego winiarza, które mnie nieco zresztą rozczarowały: jedno to kupażowane z gron z krzewów pochodzenia burgundzkiego i lokalnego w proporcji 60% do 40%, drugi odwrotnie. Najczęściej występującym szwajcarskim klonem pinot noir jest tak zwany mariafeld i jest sporo win tak nazwanych: pinot noir mariafeld.
No ale. Wina podstawowe zaczynają się - mówię o cenach - od 18-20 franków szwajcarskich, czyli kosztują tyle co najprostszy przyzwoity burgund. Za wino barrique płacimy tyle co za burgundzkie village, albo trochę taniej, ok 25-35 franków. Ale dalej, poza wyjątkami dochodzącymi do 60 franków, ceny już rosną tylko trochę, za cru przyjdzie wyłożyć 35-45 franków, podczas gdy w Burgundii na tym poziomie dopiero zaczynają się prawdziwe zawody.
Gdybyście jechali do Gryzonii szukać banku do zdeponowania waszych pensji ze sfery budżetowej, podaję kilku wyróżniających się producentów:
Donatsch
Skadena
Schifferli (pierwszy rocznik i już dobrze)
Eichholz
Annatina Pelizzatti
Markus Stäger

Na razie tyle, Ruch Poparcia Burgunda szuka swojego dalej.


Marek Bieńczyk


Marek Bieńczyk - pisze o winach od 20 lat. Wydał dwa tomy "Kronik wina"; wraz z Wojciechem Bońkowskim stworzył pierwszy polski przewodnik winiarski "Wina Europy". Prozaik, tłumacz, historyk literatury. W roku 2012 otrzymał Nagrodę Literacką Nike.