Sobota, 15 Grudnia, 2018     ostatnia aktualizacja 13-12-2018
 
Teraz Polska!
 
2008-01-29

Polska. Kraina wina
Wbrew pozorom Polska posiada długą tradycję winiarską. Jej dzieje były jednak mocno pogmatwane a ciągłość niejednokrotnie przerywana, na co miały wpływ przede wszystkim ekonomiczne i historyczne uwarunkowania.
Wydaje się jednak, że wreszcie dla polskich tradycji winiarskich i polskiego wina, nastał po długim zastoju dobry czas. O polskim winie robi się coraz głośniej. Z kilku powodów: samo wino stało się modne, jego spożycie w stosunku do wypijanych innych alkoholi wzrasta, mnożą się firmy importujące wino, przybywa również ludzi, którzy chętnie zakładają winnice, w hodowli sadzonek i wyrobie wina próbując znaleźć sposób na życie.

Historia wina w Polsce - zarys
Jeśli chodzi o same początki - w dzikim stanie winorośl na naszych ziemiach występowała już co najmniej w miocenie (23-12 mln lat temu), w kopalni soli w Wieliczce znaleziono nasiona, które wskazują na ten właśnie okres występowania. W tej historii ważniejsze są jednak uprawy i samo wino. Bez wątpienia zalążki polskiego winiarstwa są bardzo silnie związane z początkami chrześcijaństwa na naszych ziemiach. Wraz z chrystianizującymi nasz kraj misjonarzami i zakonnikami przybyły na nasze ziemie sadzonki winorośli. Konieczność posiadania wina do odprawiania mszy powodowała, że wszędzie gdzie osiedlały się zakony, gdzie powstawały centra kościelnej działalności, starano się sadzić winnice. Nic dziwnego - ówczesne środki transportu i przechowywania wina były bardzo prymitywne, w miarę możliwości starano się więc organizować zaopatrzenie „na miejscu”. Stąd ośrodki kościelne, stolice biskupie czy opactwa - w Gnieźnie, Poznaniu czy Wrocławiu - również posiadały własne winnice. Poza tym, w papieskich bullach Innocentego V znaleźć można wzmianki o gnieźnieńskich i innych winnicach należących do dóbr kościelnych.
Badania archeologiczne wykazały, że w Krakowie już w IX stuleciu, przy wzgórzu Wawelskim uprawiano winorośl. Uprawy te z czasem zaczęły się rozpowszechniać – winorośl rozkwitała koło dużych, położonych nad Wisłą miast, takich jak Toruń, Sandomierz czy Płock. I choć byliśmy krajem pod silnym wpływem okowity i piwa, wino coraz mocniej osadziło się w naszej kulturze.
W XIV wieku rozwija się handel winem – jest ono cenionym towarem wymiennym i środkiem płatniczym. Wiele z miejscowości do dziś nosi w nazwie historyczny ślad –Winiary, Winnica, Winniki, Winogród czy Winna Góra nie pozostawiają wątpliwości co do niegdysiejszego głównego zajęcia ich mieszkańców. W późniejszych latach uznaniem cieszą się winnice na wzgórzach sandomierskich i na włościach biskupa krakowskiego - w Wawrzeńczycach. Z tego czasu kroniki wspominają też winnice koło Grudziądza, Torunia czy Chełmna, które niestety Krzyżacy wycięli ponoć i spalili w 1455 roku.
Mniej więcej od połowy XVI wieku coraz wyraźniej zaznaczają się tendencje do importu win, m. in. z Węgier (słynne węgrzyny niejednokrotnie uwiecznione zostały w polskiej literaturze). Przez Polskę zaczynają przebiegać kupieckie trasy winiarskie, z tego powodu rozwijają się niektóre miasta. Dla przykładu – w 1559 roku Krosno otrzymuje prawo składu na wino i inne towary przywiezione z Węgier. W winnice i składy winiarskie chętnie inwestują mieszczanie, ważnymi ośrodkiem staje się także Przemyśl.
W XVII wieku przychodzi czas bezkrytycznej mody na wszystko co zagraniczne, nie dziwi więc, że  z wielką atencją spożywane są wina włoskie i francuskie. Z własnymi coraz większy kłopot - Potop Szwedzki, chybotliwa gospodarka i wyniszczający politycznie czas fatalnie wpływa na kondycję winiarstwa polskiego. Dochodzi do tego wyraźne pogorszenie warunków klimatycznych. 
Wiek XVIII przynosi trochę nowego. Choć winnice rodzime kuleją, to Polacy wyraźnie znajdują upodobanie w winie, głównie węgierskim - mają dobre winiarskie kontakty z Madziarami a nawet wkład w produkcję tamtejszego tokaju. Do Polski sprowadzane są wielkie ilości tego wina które, choć produkowane na Węgrzech, dojrzewa w Polsce. Stąd wzięło się powiedzenie In Hungariae natum, sed Poloniae educatum – urodzone na Węgrzech, ale „wychowane” (dojrzewające) w Polsce. W tym czasie w Warszawie i Krakowie znajdują się jedne z największych europejskich kolekcji tego wina. Polacy mieli więc do węgrzynów szczególnie dobrą rękę. Niewielkie ilości produkowanego wtedy w Polsce wina eksportuje się, ale nie cieszy się ono zbyt dużym poważaniem – uchodzi za niezbyt wykwintne, zbyt ostre i kwaśne w smaku. Poza tym Polacy na dobre zaczynają gustować w innych winach importowanych, do XVIII wieku Polska sprowadza duże ilości win greckich, hiszpańskich i francuskich.
 
Kryzys
Połowa XIX wieku to potężny cios nie tylko dla polskiego, ale europejskiego winiarstwa – winnice błyskawicznie i niemal doszczętnie pustoszy plaga szkodnika – filoksery. Winnice masowo giną, zamiera handel winem. Rany po tym wydarzeniu będą się goić długo.
Okres międzywojenny to czas nieśmiałych prób reaktywacji polskiego winiarstwa. Przymiarki te podejmowano w sumie na kilku tysiącach hektarów winnic. Wiadomo, że uprawiano wtedy wiele znanych odmian, takich jak riesling, pinot noir, pinot blanc, muscat ottonel czy traminer. Definitywnego spustoszenia polskiego winiarstwa dokonała II wojna światowa. Po niej nie mogło się łatwo podnieść. Po wojnie tradycja zdawała się więc na dobre zanikać. Powojenny czas, lata komunizmu nie sprzyjały specjalnie rozwojowi tej dziedziny. Wydawało się, że - jak napisaliby ówcześni korespondenci - na odcinku prac nad winoroślą zapanowała kompletna flauta.  Jednak są chlubne ślady i wspaniałe postaci pokazujące, że zarówno przed, jak i po wojnie polskie winiarstwo i ampelografia nie umarły. Postaci takie jak Stanisław Zaliwski (1904-1981) czy Bolesław Sękowski (1922-1995) na trwałe wpisały się w historię naszych winnic i wina (więcej informacji o nich znajdziesz tutaj). Nie sposób nie wspomnieć też Mieczysława Kaszuby, który do roku 1976 uprawiał największą winnicę w Zielonej Górze. Była to winnica o powierzchni 15 hektarów, którą założyła  po wojnie Lubuska Wytwórnia Win (działająca do 1999 r). Kaszuba opublikował kilka książek, między innymi "Winorośl" (trzy wydania). Jak widać Zielona Góra oznaki przetrwania wykazywała solidne. Taka tradycja. W jej okolicach prężnie produkowano wino już od XII wieku (prawdopodobnie sprowadzili je tu benedyktyni w 1150 roku). Legenda głosi, że w 1484 roku winnice obrodziły tak hojnie, że za jedno jajko płacono ponoć 67 litrami wina! W  XIX wieku wokół Zielonej Góry (wtedy oczywiście jeszcze Grünberga) znajdowało się około 700 hektarów winnic. Renomą cieszyły się założone w 1826 roku wyroby z winnic Gemplera. Wielkie wzięcie w swoim czasie miały tamtejsze wina musujące. Nic dziwnego, właściciele inwestowali w sprzęt i udoskonalali materiał – zadbano o lepsze odmiany owoców. Ciekawostką jest, że w czasach kiedy jeszcze nie dbano z takim pietyzmem o nazwy zastrzeżone, bez żenady używano u Gemplera nazw przywołujących skojarzenia z francuskimi szampanami, jak Eperanay czy Reims. Faktem jest, że gemplerowskie wina musujące zdobywały uznanie na wielu międzynarodowych konkursach. Jeszcze w latach 30. XX wieku produkowano tu 800 tysięcy butelek wina rocznie.
W Zielonej Górze winiarska tradycja jest podtrzymana i nabiera nowego wymiaru – jest coraz więcej poważnych winiarzy i winnic, odbywają się festyny, festiwale, promocja winiarstwa wspierana jest przez władze miasta, odbywa się "Święto młodego zielonogórskiego wina" i konkurs lokalnych autorskich win. Wszystko po to, by winu wrócił dawny blask (zobacz stronę, założonego w 1994 roku Zielonogórskiego Stowarzyszenia Winiarskiego).
 
Jasło. Reaktywacja
Lata 90. przynoszą prawdziwe zainteresowanie winem. Polacy konsumują je z coraz większym entuzjazmem. Poszerza się oferta win z całego świata. Coraz bardziej wzrasta zainteresowanie polską historią tego trunku i możliwościami tworzenia własnego wina.

Polska jako kraj winiarski? – pytanie to pojawiało się coraz częściej. Przecież kraje takie jak Anglia, Dania, Belgia, Holandia, Szwecja a nawet Irlandia! oficjalnie uznane zostały za kraje winiarskie. Dlaczego więc nie my?

Pytanie nie trafiało zupełnie w próżnię. Były już pierwsze oznaki i próby odradzania polskiego winiarstwa. Najpoważniejsze podjął Roman Myśliwiec z Jasła. Na początku lat 80. posadził pierwsze sadzonki i był to nie tylko symboliczny początek tego procesu. Z czasem stał się on dyżurnym winiarzem naszego kraju. Do dziś eksploatowany przez gazety i telewizje, jest guru części raczkujących winogrodników. I choć ma swoich krytyków i polemistów, jego wkład w polskie wino jest niezaprzeczalny -  zrobił bardzo dużo, przecierając wiele nie tylko hodowlanych, ale także administracyjnych szlaków.
Myśliwiec przetestował niemal 200 odmian z różnych części świata. Po wielu próbach skoncentrował się na odmianach, które mogłyby dać najlepsze efekty w naszym klimacie. Próby z najszlachetniejszym gatunkiem, winoroślą właściwą (vitis vinifera) nie dawały zadowalających rezultatów - okazało się, że im szlachetniejsza odmiana, tym jest mniej odporna na zimno. Dlatego w Polce największym problemem okazały się niskie temperatury podczas zimy. Mróz kompletnie niszczył wykazujące słabą odporność odmiany.
Najlepszym efekty w eksperymentach Myśliwca przyniosły mieszańce – genetyczne połączenie vitis vinifera i mniej szlachetnych winiarsko, np. vitis amurensis. To, co udało się uzyskać to efekt najlepszy z możliwych – kompromis między jakością a zdolnością sensownego owocowania w chłodnym klimacie. Mrozoodporne odmiany wytrzymują nawet minus 22 stopnie poniżej zera.

Doświadczenie polskich winiarzy-pionierów pokazuje, że przy odpowiednim doborze lokalizacji winnicy, odmiany i właściwym technologicznym podejściu można uzyskać interesujące wyniki. Po przeselekcjonowaniu wielu dziesiątek odmian najbardziej obiecujące na wino odmiany to: Jutrzenka, Bianca, Muscat Odesskij, Hibernal, a z czerwonych: Rondo Regent i Wisznowyji Rannij.

Myśliwiec założył szkółkę i tak w Polskę zaczęły iść pierwsze sadzonki. Wedle relacji winiarza sadzi się je w całej Polsce – w okolicach Sandomierza, małopolskiem a
czasem w miejscach, które wydawać się mogą tego nie predestynowane, jak np. na Mazurach.
To tylko jedna z oznak, że mamy obecnie jeden z najgorętszych okresów odradzającego się polskiego winiarstwa. Powstają również liczne stowarzyszenia i organizacje, jest dużo kursów, imprez promujących, istnieją prężne fora internetowe. Nie dziwi więc, że przybywa 
firm i osób prywatnych zajmujących się sprzedażą sadzonek a także asortymentu potrzebnego przy produkcji wina – pras, drożdży, młynków, beczek, gąsiorów, itp.
 
Możliwości
Winogrodnictwo i produkcja wina jest dużą szansą dla rolników, szczególnie w południowo-zachodniej Polsce. Wymaga to oczywiście inwestycji, ale zdaniem wielu fachowców i tych, którzy już zaczęli – w przyszłości opłaci się.
Warto wspomnieć, że pojawiają się szanse na dotacje i wspieranie winiarskich projektów. W zeszłym roku Związek Gmin Dorzecza Wisłoki wdrożył projekt, powstały przy dużym udziale Romana Myśliwca i Wojciecha Bosaka z Polskiego Instytutu Winorośli i Wina, mający na celu winiarskie ożywienie regionu i odnowienie starych tradycji. Odbyły się tematyczne wyjazdy (winiarnie w Austrii, Morawach, wizyta i szkolenie w austriackiej szkole winiarskiej w Silberbergu), kursy i spotkania. Takie próby popularyzujące tego typu rolniczą gałąź produkcji, okazały się także wspaniałą propozycją dla coraz liczniej zakładanych gospodarstw agroturystycznych. Powstały pierwsze poważne wina, smaczne i na dobrym poziomie. Nasi winiarze wstępnie oceniają koszt butelki w sklepie na około dwadzieścia kilka złotych. Wino jest bowiem szansą nie tylko na miłe hobby, ale na poważne zajęcie dla gospodarstw rolnych – już 2 ha są w stanie dać poważne zajęcie i przy odpowiednim pomyśle i zadbaniu o promocję, także niezłe utrzymanie rodziny. Dzieje się tak w niedalekich przecież Morawach czy Słowacji. Dla wielu rolników czy bezrobotnych jest to więc konkretna propozycja i szansa na zmiany. Takiego zdania są nasi pionierzy.
Na Podkarpaciu bardzo się starają, organizowane są pierwsze poważne degustacje autorskich, polskich win - na początku jesieni w Jaśle odbyły się „Międzynarodowe Dni Wina”.
Nad przyszłością polskiego winiarstwa debatuje się również w wyższych partiach gór - w pierwszych dniach października odbyły się „Zakopiańskie Dni Enologii”.
Wiele pożytecznych inicjatyw podjął Polski Instytut Winorośli i Wina w Krakowie. Stara się on kształtować polskie prawo winiarskie, moderuje inicjatywy i wszelkie winiarskie przedsięwzięcia.

Temat polskiego wina przyniósł oprócz rolniczych, również projekty na styku nauki i biznesu – oto w tym roku władze Uniwersytetu Jagiellońskiego postanowiły założyć własną winnicę i z wykorzystaniem wizerunku najstarszej polskiej uczelni chcą produkować i sprzedawać wino. Nie jest to tylko czczy zamiar, w tym roku pod Bochnią zasadzono pierwszą doświadczalną uczelnianą winnicę. Na razie kilkadziesiąt arów, jest to dopiero etap testowania sadzonek i gruntu. Małopolska to jednak miejsce dobre do uprawy winorośli – wiele wskazuje więc, że nieco ekscentryczny projekt wypali.
Przyszłość polskiego winiarstwa to nie tylko nowe hektary nasadzeń i pasjonaci. Dużo zależy od kształtującego się ciągle winiarskiego prawa i przepisów, które niestety nie idą na rękę polskim winiarzom i nie sprzyjają prywatnym inicjatywom topiąc je w absurdalnych i niedorzecznych przepisach. Z mozołem kształtują się normy jakościowe i administracyjne wymogi – winiarze starają się przeforsować łagodniejsze i bardziej rzeczowe podejście urzędników. Skutecznie. Udało im się zmienić kilka złych zapisów w winiarskim prawie.
Od 2 lat organizowany jest Konwent Winiarzy Polskich, seminaria i konferencje z udziałem zagranicznych prelegentów i specjalistów.
Widać więc, że polskie winiarstwo znajduje się więc w przejściowym momencie, kiedy to po prostu hartuje się w ogniu pierwszych teoretycznych, praktycznych i legislacyjnych eksperymentów.
Jedno jest pewne - nastąpiło wyraźne ożywienie. Teraz niecierpliwie czekajmy na dostęp do wina.
 

 

© tekst i zdjęcia: Mariusz Kapczyński


Komentarze

MJ - 2013-03-22 14:56:15