Poniedziałek, 29 Maja, 2017     ostatnia aktualizacja 24-05-2017
 
Kalifornia - winnym szlakiem
 
2010-12-01

Na winiarskie okolice San Francisco nastawialiśmy się już od dawna. To miał być jeden z gwoździ programu tego wyjazdu. Ograniczamy się do regionu North Coast, choć cała Kalifornia, produkująca ponad 90% amerykańskiego wina ma wiele do zaoferowania. Klimat osłoniętych górami dolin jest zbliżony do śródziemnomorskiego. Najpopularniejsze tu szczepy to dla win czerwonych: Cabernet Sauvignon, Pinot Noir, Zinfandel, Syrah i Merlot, a dla białych Sauvignon Blanc i Chardonnay.



Zaczynamy od Doliny Sonoma, a właściwie jej niewielkiej części jaką jest Dry Creek Valley. Przyciągają nas tam ponoć jedne z najstarszych w regionie uprawy winorośli gatunku Zinfandel. Wiecie pewnie, że jest to najsłynniejszy amerykański szczep, który jednak po typowaniu DNA okazał się mieć swój rodowód (czego zreszta można się było spodziewać) na Starym Kontynencie, a odkładnie na chorwackiej ziemi. My kierujemy się do niedużej rodzinnej winnicy, ale za to z tradycjami i renomą (dostali 96 punktów w Wine Spectator właśnie za swój Old Zinfandel).
Tego dnia, gdy odwiedzamy Zichichi Vineyards oprócz zwykłej degustacji butelkowanych win, można też spróbować zeszłorocznych win jeszcze z beczek. Takie "barrel tasting" jest bardzo popularne i właściciele twierdzą, ze mają sporo klientów kupujących właśnie wino prosto z beczki. Smaki w takim trunku są jeszcze troche "nieuczesane", brak im "drugiego dna" i wyważenia, ale taka degustacja ma swój urok. Bodegeiro jest przesympatyczny, wyczerpująco opowiada nam o historii winnicy i pyta też gdzie się dalej wybieramy. Gdy pada nazwa Napa Valley śmieje się, że chcemy zobaczyć winiarski Disneyland. Ta rodzinna winnica jest rzeczywiście bezpretensjonalna, co nam się wydaje naturalne, ale jak się niedługo okaże nie jest to częste zjawisko w najsłynniejszym regionie winairskim Ameryki Północnej.


Degustacja w Zichichi w Dry Creek valley

Na klasycznej degustacji "butelkowej" próbujemy 3 win : pierwszy to młody Zinfandel, potem Cabernet Sauvignon (Cab jak kochają skracać Amerykanie) i Old Zinfandel. To wina jednoszczepowe (ang. monovarietals)tak jak chyba z 90% okolicznych win. Ciekawe, że dla tutejszych producentów jest to tak oczywiste, ze niemal dziwią się, gdy używamy tego terminu. Jednak, gdy się wgłębić okazuje się, że wino z jednego szczepu ma obowiązek mieć jedynie 75% zawartości danej odmiany winogron.
Wyjeżdżając z doliny Dry Creek zaglądamy jeszcze do przybytku, będącego czymś w rodzaju gigantycznej willi, w nieco wynaturzonym stylu toskańskim. To ju przedsmak Napa.
Nasza droga wiedzie teraz od północnego krańca Napa Valley aż na samo południe doliny. Słowa o Disneylandzie okazują się prorocze. Mijamy architektoniczne dziwy stylizowane na średniowieczne zamki, francuskie pałace, hacjendy, a czasem kosmicznie ultranowoczesne konstrukcje. Z tego wszystkiego chyba te ostatnie plus budynki z elementami meksykańsko-hiszpańskimi najlepiej się wpasowują w otoczenie i tradycję. Mona jednak się spierać, że tam każdy styl jest na miejscu, bo przecież winiarze, to oryginalnie byli często emigranci z różnych zakątków Europy. Może więc te zamki i pałace są usprawiedliwione.
Generalnie jak to później komentujemy z naszymi przyjaciółmi, większość winiarzy lubi tu się podpiąć pod tradycje europejskie i stroić zwłaszcza we włoskie i francuskie piórka. Czasem ma to swoje uzasadnienie, bo bywa tak, że to emigranci ze starej Europy założyli niektóre z winnic, ale zwykle jest to tego stopnia przejaskrawione i kiczowate, że zaczyna drażnić. I w sumie trochę szkoda, bo wina są tu zaskakująco dobre, bez względu na dziwaczna oprawę i to czy wygrały paryski konkurs w 1976 roku czy nie. Zdumiewa czystość i głębia smaku, to chyba zasługa tej jednoszczepowości. Nie ma tu europejskich czasem przekombinowanych, skomplikowanych konstrukcji, gdzie dodaje się jeden gatunek winogron dla tanin, drugi dla aromatu, trzeci jeszcze dla koloru itp, itd. Jest prostota w dobrym stylu i intensywność wrażeń. Wina z Kalifornii łatwo polubić, nie trzeba się do nich przekonywać.
Nie dziwię się, że w tylu miejscach w Napa uczą rozpoznawać poszczególne nuty w bukiecie czy analizować wrażenia smakowe, w tych winach jest to naprawdę oczywiste. Choć ta ostatnia kwestia jest jak zwykle subiektywna. W Silverado Vineyars robimy drobny eksperyment. Pytam w tasting room co powinnam wyczuć próbując ich czerwonego Solo. Okazuje się, że ja i obsługujący (bardzo ochoczo korzystający z okazji degustacji z nami paru kieliszków i wcale nie wypluwający wina po spróbowaniu jak na profesjonalistę przystało, wyczuwamy inne owoce i przyprawy, ale o dziwo są one z tych samych, nazwijmy to roboczo, grup smakowych. Ja oponuję tylko, gdy on na końcu oznajmia, że wyczuwa posmak czekolady. Kto jak kto, ale ja czekoladoholiczka od urodzenia, na pewno wyczułabym moją ukochaną smakową nutę, gdyby występowała w winie choćby w śladowej ilości. Zgodnie dochodzimy jednak do wniosku, że to wszystko jest raczej subiektywne i nie ma o co kruszyć kopii.
Zainteresowanych naukową analizą np. ślepych degustacji zachęcam do przeczytania tego artykułu. Mogę tylko powiedzieć, że potwierdza on moje wieloletnie podejrzenia, o których już tutaj nie raz pisałam, i trochę egalitaryzuje i odczarowuje degustacyjną magię dla wtajemniczonych. Okazuje się, że sommelierzy i słynni krytycy (jak np. Robert Parker) koniec końców, gdy przychodzi do picia wina są tak samo mądrzy, jak my wszyscy. Podobno wyniki ślepych degustacji mają taką powtarzalność jak ciągi losowo wybranych liczb, czyli żadną. Gdy autor badań zabarwił białe wino bezsmakowym czerwonym barwnikiem nagle wszyscy znawcy zaczynali w nim czuć taniny i dojrzałe czerwone owoce. Możemy się więc winne nieboraki chyba totalnie wyzbyć wszelkich kompleksów.
Wracając do trunków z Silverado - uroczym winem okazuje się też ich Sangiovese. Nie mogę się zdecydować czy w tym intensywnie różowym winie czuje maliny czy poziomki, a może sa tam po prostu jedne i drugie.To wino z rodzaju, który zlekceważą wszyscy koneserzy, a które daje niezwykle wiele radości w piciu. A chyba głównie o to chodzi, prawda?
Dość poważną wadą amerykańskich win z tego regionu jest ..... ich cena. Większość butelek jest naprawdę kosztowna. My być może mamy "złe" przyzwyczajenia z Portugalii, gdzie od 8 €  wzwyż można się napić naprawdę bardzo dobrych win, bez problemu dorównujących jakością tym z Napa za grubo ponad 100 $ za butelkę. Zastanawiamy się dlaczego tak jest i dochodzimy do wniosku, ze powód stanowi status wina jako eleganckiego i luksusowego trunku. A jak wiadomo za luksus trzeba słono płacić (nie tylko w Ameryce zresztą) i na porządku dziennym jest windowanie cen do groteskowego poziomu. Tu nie jest tak, że wino pije każdy. Każdy to pije Coca-Colę. Nie uświadczy się np. codziennego obrazka znad Morza Śródziemnego - prostego farmera popijającego obiad kieliszkiem wina. No chyba, że akurat jest to farmer hodujący winorośl. Co jeszcze ciekawsze ponoć Amerykanie lubią pić wino również bez towarzystwa jedzenia, co już zupełnie się kłóci ze śródziemnomorską tradycją (tu nie ma wina bez posiłku czy choćby przekąski, nawet do jeres muszą być przecież jakieś tapas). W Stanach, podobnie chyba jak w UK, kieliszek wina traktowany jest jak drink lub coś w rodzaju popołudniowej szklaneczki whiskey. To nawet widać na anglosaskich filmach, jak ludzie kręcą się bez celu z kieliszkiem wina, zamiast porządnie usiąść za stołem, jak to zrobi każdy szanujący się Francuz czy Portugalczyk. Mówię oczywiście o winach stołowych, a nie jakichś aperitifach czy szampanach, bo z tymi ostatnimi to i tutaj szwendają się nad basenem na przykład.
Kalifornijscy producenci zwracają nam uwagę na fakt, że do Europy docieraja niestety głównie amerykanskie wina pośledniej jakości. U nas nie ma na ich trunki wielkiego popytu. Czyżby to lekkie zadęcie Starego Kontynentu, że u nas wino musi być lepsze, bo to my jesteśmy nosicielami tradycji? Jakoś łatwo ulec złudzeniu, że tradycja gwarantuje jakość, a przeciez niekoniecznie to musi iść w parze... Ale jednak, pomyślcie czy bardziej usprawiedliwiony nie wydaje się Wam wydatek sporej sumy na butelkę burgunda niż na jakiś tam Zinfandel z Nowego Świata (no chyba, że go produkuje baron Rotschild)? Amerykańscy winiarze z kolei dumnie twierdzą, że mają zbyt u siebie i chyba niespecjalnie im sukces komercyjny w Europie leży na sercu.
Co innego jeśli chodzi o prestiż i uznanie, tu już Europa jest dla nich wykładnią. Amerykanie poczuli się usatysfakcjonowani wspomnianym już przeze mnie spektakularnym zwycięstwem dwóch win z Napa we francuskim konkursie (ślepa degustacja) w 1976 r. Książki się nawet pisze o tym i filmy kręci ("Bottle shock"), jak to udało się zrobić Francuzów w bambuko i sami na własne życzenie wybrali Chardonnay z Chateau Montelena i Cabernet Sauvignon ze Stag`s Leap na zwycięzców tzw. Judgment of Paris. To chyba trochę złagodziło przedziwny kompleks jaki Amerykanie mają wobec Francuzów. Miło się składa, że jeden ze zwycięzców paryskiego konkursu miał polskie korzenie. Widać nie trzeba mieć wina w genach od pokoleń, żeby potrafić je robić. Urodzony w chicagowskim Jackowie Warren (nomen omen) Winiarski był autorem sukcesu winnicy Stag`s Leap. Jeszcze do niedawna należała ona do rodziny Winiarskich, dopiero w 2007 r. zmieniła wlasciciela.
Ciekawym i bardzo edukacyjnym miejscem są winnice Roberta Mondaviego. Ładna architektura, bez wiernopoddańczego nawiązywania do Europy, interesujący program degustacji połączony ze zwiedzaniem winnicy i jak zwykle .... wysokie ceny. Nawet u kogoś, kto jak na Napę kojarzy się niemal z produkcją przemysłową....


Wejście do winnic Roberta Mondaviego

Niemal naprzeciwko Mondaviego mieszczą sie wyglądające jak stacja międzyplanetarna winnice Opus One, gdzie ten sam Mondavi i baron Rothschild połączyli swoją wiedzę i doświadczenie, żeby stworzyć wino-emblemat Napa Valley. Piekielnie drogie, ponoć znakomite, nosi tę samą nazwę co winnica. Nazwa w każdym razie jest moim zdaniem świetna.
Jeszcze tylko parę słów na temat strony kulinarnej Doliny Napa. Od kilkunastu już lat przeżywa ona boom na wszelkiej maści restauracje.Królują zwłaszcza włoskie i francuskie oraz te legitymujące się używaniem lokalnych i ekologicznie hodowanych produktów. Ma tu nawet siedzibę, jedna z najlepszych restauracji świata - French Laundry Thomasa Kellera.
My skuszeni wieloma pozytywnymi opiniami w Trip Advisor i w książce "Moveable Thirst" udajemy się do Bistro Don Giovanni. Jak sugeruje nazwa restauracja ma być włoska, a ceny nieprzesadzone. Zachwytów w necie i nie tylko jest tyle, że oczekiwania mamy dość wygórowane. Na wstępie zgrzyt - dramatycznie kiczowaty wystrój w estetyce lat 80-tych. O wino jesteśmy spokojni, prosimy o otwarcie naszego kupionego wcześniej Old Zinfandel (bardzo przyjemny amerykański zwyczaj ta możliwość przyniesienia praktycznie do każdej restauracji własnego wina i uiszczenie tylko opłaty za otwarcie przez kelnera tzw. corkage). Łukasz zamawia genialną truskawkową agua fresca (raczej ona meksykańska niż włoska, ale co tam, ważne, że pyszna), którą ja mu co chwilę podpijam.
Na przystawkę jemy świetne smażone paluszki z polenty z serowym sosem. Do tego dostajemy jeszcze focaccię, która jest owszem smaczna, ale trochę dziwna... Bardzo miękka, z zupełnie niechrupiącą skórką, co mi jakoś wygląda niezbyt klasycznie i niezbyt po włosku.
Teraz czas na danie główne. Maciek decyduje się na pizzę i to jest strzał w dziesiątkę. Jest wielka, ma znakomite ciasto, nie przesadzoną ilość nadzienia - trochę rukoli, prosciutto i mozzarelli. Ja jem ravioli z ricottą, szpinakiem i dwoma sosami - pomidorowym i cytrynowym. Nadzienie jest trochę bez wyrazu, a sos cytrynowy ma jakiś dziwny posmak, jakby dodano tam sztucznie aromatyzowanego olejku. Łukasz je rigatoni z ragú. Danie jest OK, ale już zdarzało nam się jeść lepsze, nawet we własnym domu.
Desery to kolejno: znakomita panna cotta na maślance ze świeżymi owocami, tiramisu - zawsze żywa, tym razem wiernie oddana, klasyka i zupełnie niewłoskie bostini trifle. To ostatnie to warstwy kremu angielskiego, musu czekoladowego, krokantu i bitej smietany. Gdyby porcja była wielkości naparstka można by było ten deser pokochać, ale wysoki na 30 cm kielich to była jednak przesada i po zjedzeniu 1/4 miałam zdecydowanie dosyć.
Jak widzicie więc kulinarnie wrażenia mieszane - były momenty, gdy szef kuchni brylował, ale spotkały nas też poważne rozczarowania. Na pewno nie dałabym restauracji Don Giovanni tak dobrej oceny jaką szczyci się w necie.Widać więc, że nawet przeogromna ilość dobrych opinii nie gwarantuje, że coś nam się spodoba. A wydawałoby się, że tylu ludzi nie moze sie mylić...
Podsumowując nasze winne peregrynacje - właściwie przez 2 dni pobytu w Sonomie i Napa mogliśmy poczuć jedynie przedsmak kalifornijskiego winnego dobrodziejstwa. Region z pewnością wart jest dalszej eksploracji i czeka tam na Europejczyka wiele niespodziewanych, miłych winnych odkryć. A więc do następnego razu Kalifornio!

© Tekst i zdjęcia pochodzą z blogu Kuchnia "Kuchnia nad Atlantykiem"

Zobacz także noty degustacyjne portugalskich win degustowanych przez Autorów bloga - TUTAJ.