Czwartek, 23 Listopada, 2017     ostatnia aktualizacja 09-11-2017
 
Powrócić do korzeni
 
2011-06-02

Produkuje wina skoncentrowane, bardzo czyste, mineralne i wytrawne, u niektórych budzące kontrowersje.  Dziesięć lat temu zdecydował się kupić opuszczoną winnicę niedaleko miasteczka Wiltingen, nad Saarą. W tej historii, jak można się domyślać, jest również polski ślad. Rozmawiamy z Romanem Niewodniczańskim właścicielem winnic Van Volxem.


Mariusz Kapczyński: Pierwsze pytanie jakie Ci zapewne zadają Polacy dotyczy nazwiska i polskich korzeni?

Roman Niewodniczański
: Rzeczywiście, często tak jest. Pochodzę z rodziny polsko-niemieckiej. Ojciec – Polak, matka Niemka. Pierwsze trzy lata dzieciństwa spędziłem w Polsce, później przeprowadziliśmy się do Niemiec. Dziś znam tylko trochę słów po polsku, bo moim językiem w naturalny sposób stał się niemiecki. Mój ojciec był fizykiem jądrowym, później zajmował się browarnictwem, ale był przede wszystkim wielkim, znanym kolekcjonerem map i starodruków. Moja mama jest architektem. Do naszej rodziny należy browar Bitburger Brauerei, moi dwaj bracia mocno się w ten piwny świat zaangażowali. Ja jak widać wybrałem trochę inny trunek (śmiech).

Czyli rodzina nie miała tradycji winiarskich?
Nie miała. Ja najpierw ukończyłem geografię a później - na fali fascynacji winem - enologię.
Mój projekt nad Saarą ruszył w 2000 roku. Odkupiłem winnice od człowieka, który nie był już w stanie sensownie nimi zarządzać i zupełnie odpuścił. Dokumenty pokazują, że winnice te należały kiedyś do zakonu jezuitów. Później, po znacjonalizowaniu ich przez władze napoleońskie, nabyła ją rodzina holenderska Van Volxem. Moja winiarnia nosi dziś tę historyczną nazwę.

Jakim areałem obecnie dysponuje Van Volxem?

Moja winnice definiują regionalne charakterystyki: 22 hektary tylko stromych winnic. Rośnie w nich tylko riesling, nie licząc nieznacznych ilości pinot blanc. Od 2004 roku stosujemy tylko prowadzenie organiczne. Żmudna, ręczna robota. Duże koszty.

A na rynku jak wiemy nie jest łatwo…
Reputacja Moseli została nadszarpnięta produkcją tanich win. Nie do końca udało się ten zepsuty image naprawić. Moim zdaniem pobłądziliśmy. Można zaryzykować tezę, że rasowe, dobre niemieckie wino dla Niemców stało się egzotyczne, jest pite niezwykle rzadko. Kupując wina tanie, słabe zatraciliśmy korzenie własnego smaku.

Czy Twoim zdaniem to słodkawe wydania mozelskich win zepsuły rynek?
Nie jestem przeciwny słodyczy w winie. Nie o to chodzi. Wiele win słodkich czy z pewną ilością cukru resztkowego jest wspaniałych, świetnie zrobionych. Problem w tym, że wielu producentów uważa że wystarczy cukrem „przykryć” błędy i to załatwia sprawę… Dużo win robi się w takim fatalnym stylu. Jednak wielu producentom bardzo zależy na zmianie wizerunku. Na pokazaniu rasowej elegancji i balansu rieslinga. Ja bardzo mocno wierzę w ten potencjał. Jesteśmy przecież w jednym z najlepszych miejsc do powstawania win białych. Historycznie rzecz ujmując były to kiedyś jedne z najdroższych winnic na świecie.

Ty momentami proponujesz trochę odmienny styl -  skoncentrowany, wyrazisty choć zachowujący mineralność i harmonię. Nie wszyscy konsumenci są przyzwyczajeni do takich bardziej wytrawnych wydań mozelskich rieslingów.
Musisz wiedzieć, że kiedyś wytrawny styl stanowił o reputacji tutejszych win. Są na to dokumenty, z końca XIX i początku XX wieku, pokazujące, że płacono naprawdę duże pieniądze za wytrawne wina. Doceniali to obcokrajowcy. Wiele tych historycznych źródeł pokazuje, jak poważano klasę tych win i jak chętnie je kupowano. Większość z nich była eksportowana, na miejscu sprzedawano niewiele. Te były wielkie naturalne wina. Aby je zrobić niepotrzebna była praca ze nowoczesnymi drożdżami, czy super modernistyczną technologią winiarską.  

W jaki sposób próbujesz ten naturalny styl osiągnąć?

W Van Volxem mamy proste zadania - ciężko pracować w winnicy, „blisko ziemi” i z roku na rok próbować doprecyzować styl wina w winiarni. Jest to powrót do dobrze pojmowanego rękodzielnictwa. Zależy mi, by przywrócić tym ziemiom ich wielkie imię, oddać ich naturalny styl. W naszych winnicach nie używamy nawozów sztucznych czy herbicydów. Produkujemy sporo humusu, który wykorzystujemy przy nawożeniu. Wykorzystujemy rośliny z międzyrzędzi, koniczynę czy resztki owoców z zielonych zbiorów. Nie stosujemy żadnych nowych klonów rieslinga. Ja mocno wierzę w stare klony, tradycyjne selekcje. Winnice są nie szczepione, rosną bez podkładek. Nasze rieslingi mają małe owoce, gruba skórkę i potężny skoncentrowany ładunek aromatów w środku. Zbiory przeprowadzamy zazwyczaj w połowie października. Winifikacja odbywa się w dużych, tradycyjnych beczkach na naturalnych drożdżach. Dajemy dużo czasu na przeprowadzenie powolnej fermentacji. Chce zaznaczyć, że w naszych postanowieniach i metodach nie dbamy o certyfikaty, są to zwyczajne starania o jakość. Z tego też powodu już 3 lata należę do niemieckiej organizacji zrzeszającej najlepsze winnice – VDP (Verband Deutscher Praedikatsweingueter).
 
Zauważyłeś, że ktoś chce skorzystać z twoich doświadczeń, próbuje nawiązać do Twojej stylistyki?

Egon Muller, mój mistrz, powiedział do mnie kiedyś „Roman, naprawdę odniosłeś sukces - wina są świetne. Powinniśmy spróbować robić wina w ten sposób, zanim się tu pojawiłeś” (śmiech). To prawdziwy komplement. Prawdą jest jednak, że stylu winnicy, który ujawnia się w winie nie da się powtórzyć, ani w żaden sposób go naśladować.

Widać, że mocno wierzysz w swój „powrót do przeszłości”
Tak. I próbuje to robic na rozmaite sposoby. Warto znaleźć i poznać źródła, dokumenty mówiące o tym, jak przed nami, w danym miejscu robiono wina. W dokumentach, starych książkach, prasie są bardzo cenne materiały i dyskusje. Powinniśmy zadbać, by skorzystać z tego, co było najlepsze i co było naturalnie przypisane do tych ziem. Ja zanim ruszyłem ze swoim projektem długo grzebałem w opisujących te ziemie winiarskich dokumentach i mapach. Z 1820 roku…

Masz jakieś swoje wzory do których próbujesz się odnosić?
Oczywiście wszystkie doskonałe wydania rieslinga. Poza tym,  klasyka – Bordeaux czy najlepsze, burgundzkie wydania pinot noir. To odmiana, która podobnie jak riesling świetnie oddaje charakter ziemi na której rośnie.

Czujesz dziś, że znalazłeś najlepsze dla siebie miejsce? Korci cię, by spróbować gdzieś indziej?
Oczywiście na swój sposób mogą fascynować możliwości jakie daje uprawa w Chile czy Kalifornii, ale mnie cały czas intrygował i intryguje chłodniejszy klimat , który daje prawdziwe szanse na rys terroir w rieslingu. Ta odmiana powinna dojrzewać wolno, rozwijać swój potencjał pomału. Potrzebuje dobrych miejsc, by się pokazać swe wielkie możliwości. Poza tym, klimat nam się ociepla i myślę, że niektórzy w Niemczech bardzo na tym skorzystają, wydaje mi się że najbardziej Nahe.

Jak widzisz przyszłość regionu?
Jestem optymistą. Wielu ludzi w ostatnich czasach zachwyciły wina potężnie zbudowane, alkoholowe, mocne i skoncentrowane. W tym uderzeniu organoleptycznych wrażeń ludzie kompletnie zapomnieli o tym, co w winie niebywale istotne i piękne – finezji, elegancji, balansie. W naszym regionie jesteśmy w stanie produkować inaczej – wina delikatne, z 9-procentową zawartością alkoholu, zrównoważone, stylowe. Cechuje je świetna kwasowość i ten szczególny, indywidualny rys. Ja nie lubię win robionych pod czyjeś gusta – konsumentów, krytyków, dziennikarzy. Chcę dawać ludziom przyjemność obcowania z dobrym winem. Chcę, by moje butelki były dobrym towarzyszem stołu, dobrego jedzenia, żeby to, o czym opowiadam znalazło jednak jakieś potwierdzenie w winie. A po tym jak intensywnie wwąchujesz się po raz któryś w kieliszek z moim rieslingiem mam cichą nadzieję, że chyba trochę mi się udało... (śmiech).

rozmawiał: Mariusz Kapczyński

Wywiad ukazał się wcześniej w "Czasie Wina"

Winnice i posiadłość Van Volxem można obejrzeć na filmie TUTAJ oraz w na innym, poniżej (w jęz. niemieckim)




Galeria